ZŁODZIEJ WŁASNYCH JABŁEK

Gdzie jest to królestwo, w którym każde lato przynosi bogate plony, rzeki są pełne ryb, a król rządzi mądrze i sprawiedliwie? Gdzieś bardzo daleko i bardzo dawno. Drogi tam wiodącej już nie odnajdziesz. Nawet wspomnienia gdzieś się zagubiły. Pozostała tylko legenda.
Gdy groźny potwór, smok zionący ogniem, został pokonany, w kraju zapanował spokój. Ludzie wreszcie odżyli. Mogli przestać się bać, a już się zdawało, że strach się stanie codziennością. Przez ostatnich parę tygodni, na zmianę nękał wszystkich smok i śmiałkowie na niego polujący. Skuszeni królewską obietnicą poślubienia królewny, zjechali awanturnicy, piraci, grasanci. Przygnało nawet tych, co to nie wiedzą, od czego zacząć, jak trzeba obrać ziemniaki.
W karczmach wrzało, na placach też. Fruwały beczki po piwie, przechwałki i wyzwiska. Tłukli się między sobą, a przed smokiem uciekali bez portek! Koguciki.
Gdy gruchnęła wieść „smok padł“, statki odpływające w świat, wypełniły się oberwańcami, a tubylcy odetchnęli z ulgą. Tym zaś, który pokonał bestię był, jak to zwykle bywa, najskromniejszy i najbardziej niepozorny pastuszek, mieszkający na krańcu królestwa.
Wielka była radość. Pastuszek został uroczyście wprowadzony na zamek i obsypany kwiatami. Sama królewna pielęgnowała  jego rany odniesione w starciu z bestią. Dzięki temu młodzi mieli okazję się trochę poznać i polubić. Król był zachwycony. Często rozmawiał z nowym bohaterem i szczerze podziwiał nie tylko jego odwagę, ale i mądrość, która dla wszystkich była miłą niespodzianką. W dniu ślubu król tak powiedział do córki: „Dobry los sprawił, że wydaję cię za porządnego człowieka. Nie wiem, czy wiesz, ale on zabił bestię nie wiedząc o nagrodzie. To znaczy, że nie jest chciwy, ale autentycznie dzielny. Jedno tylko mnie martwi. Twój przyszły mąż rozerwał smoka na strzępy za to, że ten zeżarł mu jedną owcę. Uważaj córko, byś nigdy nie wyprowadziła go z równowagi.“
Minął ślub i wesele. Król zaczął ogłaszać dekrety, kierując się mądrymi radami zięcia. Cały kraj dzięki temu szybko podniósł się z ruiny, a ludzie sławili imię mądrego króla i bohatera-pastuszka.
Jednak nie każdemu było do śmiechu. Na poczcie, w jakimś zapomnianym miasteczku, pracował Jariwan. Nawet wśród wszystkich „śmiałków“, którzy ostatnimi czasy przetoczyli się przez kraj, nie było drugiej takiej szui-zawistnika. Ciepła posadka zaczyna srodze kłuć w bok, gdy pastuch wprowadza się do pałacu.
Włożył Jariwan swoją wyszywaną kufajkę, wprosił się młynarzowi na wóz i ruszył do stolicy. Koń wlókł się noga za nogą, ciągnąc dwóch dziadów i dwieście worów mąki. Dzięki temu było dużo czasu do namysłu. Chociaż, nawet gdyby czasu miał nieskończenie dużo, zły poczciarz i tak nie wymyśliłby nic mądrego.
Droga do siedziby króla jest bardzo malownicza. W oddali widać ośnieżone górskie szczyty, a bliżej, poprzecinane strumieniami zielone łąki i pola. Długi odcinek wiedzie zaś przez jabłkowe sady. Wisząca na ogrodzeniu tabliczka „SADY KRÓLEWSKIE – WSTĘP WZBRONIONY“ podsunęła zawistnikowi pewien pomysł.
Do zamku wcale nie było trudno się dostać. Pewny krok i hasło: „mam ważną wiadomość dla króla“, wystarczyły. Mądry władca nie miał akurat nic do roboty, przyjął więc poddanego. „Hm, co za fikuśna kufajka“ – pomyślał, gdy go zobaczył. „Hm, co za wymyślne lampiony z kwiatowym ornamentem, podświetlane na fioletowo“ – pomyślał Jariwan, wchodząc do sali audiencyjnej.
– Królu! Miłościwy…nie, nie, nie,…sprawiedliwy! Ten pastuch przybłęda cię okradł!
– Tak? Mój zięć i najbardziej zaufany doradca okradł mnie? To niedobrze – odparł król – a co takiego mi zabrał? Nie odczuwam braku.
– Jabłko. To znaczy jabłka…kosz i cały wóz jabłek!
– Ach! To pewnie z moich „Królewskich sadów“ – obruszył się stary władca. – Opowiedz przyjacielu, jak to było.
Jariwana nie trzeba było długo namawiać. Opowiedział całą historię o nocnym wyważaniu bramy, rozstawianiu drabiny i ładowaniu wozu. Powiedział też o kruku krążącym nad głową pastucha – czarnym aniele zdrady.
– To mówisz, że mój zięć kradł jabłka. Już po tym, jak pokonał smoka i dostał pół królestwa?
– Tak, najpierw się wkupił w twoje łaski, a potem zdradziecko podszedł. Każde jabłko, które obracał w dłoniach, było tak naprawdę ciosem wymierzonym w Ciebie, o Prze-Najjaśniejszy Monarcho!!
Król z zafrasowaną miną podrapał się po brodzie. Przeszedł się po komnacie i stanąwszy naprzeciw okna długo patrzył w dal. W końcu tak przemówił:
– Kraść własne jabłka, to dziwactwo. Kraść je na wiosnę, gdy jabłonie dopiero kwitną, to iście diabelska sztuka, a obracać je w dłoniach, nie mając połowy jednej, a drugiej ręki aż do łokcia – to akrobacja godna królewskiego zięcia.
Tak, w walce ze smokiem pastuszek stracił trzy palce lewej ręki, a prawą potwór mu odgryzł aż do łokcia. No cóż. Nie przeszkadza mu to dalej paść owiec na zielonych stokach. Królewna uczy okoliczne dzieci matematyki, a intrygi pałacowe są daleko, daleko od nich, w dużym gmachu oświetlonym fioletowymi lampami w kwiatowy ornament.

następna bajka: "Złote serce"