ZŁOTE SERCE

Daleko na skraju puszczy jest malutka osada. W chatkach żyją tam ludzie kochający las. Szanują każdy dar matki ziemi, najmniejsze nawet zwierzątko i najbardziej śniegową chmurę.
Dni tu płyną spokojnie. Ciężkiej pracy jest tyle, co rąk do pomocy. Drwale wychodzą świtem po drewno. Myśliwi polują, zaś ci, co zostaną w osadzie, wyplatają kosze, lub tkają.
Osadnicy korzystają z dobrodziejstwa natury, ale jej nie nadużywają. Drzewa ścinają, by ogrzać się wieczorem. Dzikich świń upolują tylko tyle, by nikt nie chodził głodny. Las wynagradza ludziom ich szacunek i roztropność bogactwem malin i ziół leczniczych.
Każdego ranka, gdy ludzie ruszą do pracy, mały Janek zapuszcza się w las. U boku ma wiklinowy koszyk, a stopy całkiem bose. Wraca dopiero, gdy zrobi się ciemno, a koszyk pełen jest ziół, które pomogą chorym sąsiadom.
Wszyscy kochają Janka i mówią: „Ty jesteś inny niż my, bo czeka cię inne zadanie do wykonania niż nas.“
A Janek świetnie wypełnia swoje obowiązki. Babcia znachorka nauczyła go rozpoznawać leczące rośliny, a matka urodziła Janka bez rąk. Wyszedł z jej brzucha mając dwie nogi, gorące serduszko i głowę na karku, ale żadnej ręki.
Czasami, słuchając jak inne dzieci grają przy wieczornym ognisku na fujarkach, Janek prosił babcię: „Pokaż mi, które zioło mnie uleczy.“ „Janku – odpowiadała – nie ma na świecie zioła, które by cię uleczyło, bo nie jesteś chory.”
Gdy kiedyś siedzieli tak wszyscy przy ognisku, piekąc jabłka, z oddali doleciał przecudny dźwięk. Z początku nieśmiało przebijał się przez trzask suchych polan. Jednak stopniowo stawał się coraz wyraźniejszy. Wszyscy się zastanawiali, co tak pięknie gra. Nikt wcześniej czegoś podobnego nie słyszał. Nikt?
– Ja kiedyś słyszałam. Kupiec z daleka potrząsnął przy mnie sakiewką – powiedziała babcia Janka – pamiętajcie bracia, ten dźwięk to zła wiadomość.
Lecz w tym momencie głos znachorki zagłuszył śmiech. Roześmiana kobieta weszła w krąg światła. Śmiała się i śmiała, jakby było z czego, falbany spódnicy falowały, a w uszach kołysały się ogromne złote kolczyki. Skupiały w sobie cały blask ognia, a wprawione w ruch, wydawały z siebie te piękne dźwięki.
Kobieta coś powiedziała, zjadła jabłko i odeszła w noc. Nikt nie pamięta, o czym mówiła, bo nikt jej nie słuchał – ale i tak wprowadziła zamęt w dusze.
Zahipnotyzowane blaskiem złota oczy rozbłysły i do końca wieczoru próbowały odnaleźć to lśnienie w ogniu. Gdy wczesnym wieczorem  chłopaki rozpalały ognisko, ogień był po to, by się ogrzać. Teraz stał się symbolem pragnienia, które przy akompaniamencie opowieści nieznajomej zaczęło truć serca.
Gdy zrobiło się chłodno, ludzie z rozpalonymi oczyma dogasili ogień i w milczeniu rozeszli się po chałupach. Do późna nikt nie mógł zasnąć. Niektórzy próbowali nawet odnaleźć trochę ciepła, tuląc się do wychudzonych pleców swoich żon.
Lato w pełni, jednak złote łany jakoś nie cieszą. Żółkną liście, złote jabłka mają smak rozgoryczenia.
Zawiał wiatr, to chyba ten wiatr przywiał wieść. W wielkim lesie żyje zwierzę, płochliwe jak serce, czujne, jak ważka – to piękny jeleń ze złotym porożem.
Wioska opustoszała. Ludzie zniknęli w lesie. Poszli tam owładnięci jedną myślą, dyndającą, jak dwa kolczyki. Zostało tylko kilka kobiet, kręcących z dezaprobatą głowami i Janek.
– Co im się stało babciu, jakich ziół nazbierać, żeby było tak, jak kiedyś?
– Ty dziecko tego nie rozumiesz – odparła babcia – nie masz rąk, nie masz odruchu, żeby coś złapać i schować za pazuchę. Twoje serce jest czyste, dziękuj za nie Bogu.
Stara znachorka się zamyśliła, patrząc w dal. 
– Wiem za to, co pomaga, gdy mnie łupie w gnatach tak, jak dzisiaj – dodała po chwili – idź dziecino, nazrywaj dla mnie ostuszki i wilca.
Ruszył Janek w las. Szedł tylko sobie znanymi ścieżkami, gdzieś między pniami starych buków a krzakami akacji. Co jakiś czas przystawał, by zerwać zioło. Spryciarz, nawet nie musiał się w tym celu schylać, tylko gołą stópką wyrywał roślinę i chował prosto do koszyka.
Nazbierał już sporo wilca, ale ciągle brakowało ostuszki. Szukając jej, trafił na polanę, a tam stał jeleń o złotym porożu.
Zwierzę nie przestraszyło się chłopca. Przeciwnie – zrobiło kilka kroków w jego stronę.
– Ty się mnie w ogóle nie boisz.
– Nie, nie boję się. Ty Janku nie masz rąk, nie złapiesz za łuk, by mnie zranić, ani za szyję, by udusić.
– Ale też cię nie przytulę.
– Przytulić mnie możesz zawsze.
I chłopiec się wtulił w ciepłą sierść jelenia, ale zaraz serduszko zabiło mu szybciej ożywione lękiem.
– Jeleniu, nie jesteś tu bezpieczny. Wszyscy na ciebie polują.
– Janku, ostrzegasz mnie, choć gdybyś doniósł swoim braciom, gdzie mnie szukać, nosiliby cię na rękach.
– Ja nie potrzebuję ich rąk.
– A czego potrzebujesz, powiedz to odwdzięczę ci się za pomoc.
– Jeleniu, wskaż mi zioło, które uleczy moich braci z gorączki złota – bez wahania poprosił chłopczyk.
– Na chorobę duszy nie ma lekarstwa. Dla opętanego serca jedynym ratunkiem jest czyste serce – takie, jak twoje.
Chłopczyk się zmartwił.
– Jak mam dać im serce?
– Zaśpiewaj im przy ognisku .
– Ale co, powiedz jakie magiczne słowa ich odmienią?
– Janku, tu nie chodzi o magię ani słowa. Zaśpiewaj im prosto z głębi swojego dobrego serduszka, i wystarczy – poradził jeleń – bo wiesz, jak to jest, moc to trzeba mieć w sercu, a nie w łapach!
Noc nad lasem, ludzie wrócili zmęczeni do wioski. Nikt nic nie mówi, chce im się wyć, ale do powiedzenia nic nie mają.
Przy ogniu siedzi Janek z babcią. Stopniowo ludzie się dosiadają, tworząc krąg. Wszyscy marzą o tym, że znów usłyszą dźwięczną melodię, a z mroku wyłoni się Ona i jej kolczyki. 
Gdy tęsknota już wszystkich zgromadziła przy ognisku, Janek zaśpiewał piosenkę, którą przecież znali. Kiedyś, gdy dni były spokojne, a dusza na miejscu, śpiewali ją razem. Wtedy niczego im do szczęścia nie brakowało.
Niech melodia się niesie, niech wszyscy śpiewają, a wiatr nie przynosi podłych dźwięków.
Tak, wszyscy śpiewają. Ogień znów jest ogniem i jabłka się pieką, a żaden płomień nie lśni fałszywie.

następna bajka: "Zuzia"