Zimowe Igrzyska
           
           
            Daleko, daleko stąd, za Grecją, za Egiptem, a nawet za całą Afryką znajduje się przedziwna kraina. Jedno z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie nikt nie chce mieszkać. Duży, biały kontynent na którym nie rosną drzewa, nie ma dróg ani samochodów, na którym mimo iż cały otoczony jest oceanem nie ma pokrytych gorącym piaskiem plaż. Miejsce to znajduje się na samym biegunie południowym i przez cały rok przykryte jest śniegiem i lodem. Panują tam bardzo niskie temperatury i tylko niezwykli miłośnicy zimowych szaleństw wybrali je na swój dom. Kraina ta nazywa się Antarktyda.
            Mróz, śnieżyce, lód. Jednym słowem brrry! Każdy zmarzluch powie, że nie da się tam żyć. A jednak wcale nie jest to bezludna wyspa. Mieszkańcy Antarktydy doskonale radzą sobie w takich warunkach i w pełni korzystają z uroków lodowej krainy. Co roku latem, choć ciężko mówić o lecie, gdy jest minus czterdzieści stopni, organizują własne igrzyska sportowe. Przybywają wtedy ze wszystkich stron na północny brzeg - główną arenę zmagań. Przewodniczącym zawodów jest Lampart Morski. Podróżnik i znawca sportu. Niegdysiejszy mistrz, dziś arbiter i główny organizator.
            Igrzyska zaczynają się o świecie. Po krótkim powitaniu rozpoczyna się pierwsza konkurencja - rzucanie śnieżkami do celu. Polega ona na przygotowaniu śnieżnych kulek, a następnie podrzuceniu ich do góry i ogonem, niczym paletką, skierowaniu do tarczy. W tej konkurencji liczy się przede wszystkim celność. Od wielu lat prym wiodą tu foki. To istne królowe tej dyscypliny.
            Następnie mam pokaz akrobacji morskiej w wykonaniu delfinów i wielorybów. Wspaniałe widowisko, które także oceniane jest przez sędziów. Liczy się tu perfekcja i pomysłowość, gracja i wykonywane ewolucje. W ubiegłym roku wygrał Płetwal Błękitny, za wspaniałe wykonanie baletu Neptuna.
            Kolejną konkurencją są wyścigi na lodzie. Technika dowolna. Można ślizgać się na nogach, na brzuchu, a nawet na głowie. Grunt do jak najszybciej dotrzeć do mety. To najzabawniejsza ze wszystkich dyscyplin. Cóż ci zawodnicy wyprawiają aby się nie przewrócić, aby trzymać się drogi, ba! czasem aby w ogóle wystartować. No ale cóż, jak się nie ma łyżew to trzeba nieźle się namęczyć i nakombinować.
            Głównym wydarzaniem igrzysk są jednak zawody w łowieniu ryb. Jest to konkurencja przygotowana specjalnie dla ptaków. Zlatują się wtedy najznakomitsi zawodnicy z całego regionu. Celem tejże dyscypliny jest złowienie jak największej ilości ryb w ciągu godziny.
            W tym roku, tuż przed tą ostatnią, najważniejszą konkurencją, przewodniczący Lampart zebrał wszystkich nad brzegiem, aby przedstawić uczestników zgromadzonym widzom.
            - Najmilsi, jak co roku do zawodów zgłosiło się wielu wybitnych rybaków. Jest Mewa - doskonały lotnik, jest Rybitwa - niezwykle zwinna i szybka, jest Kormoran - silny i nieustraszony, jest Wydrzyk - sokoli wzrok, jest także obrońca tytułu, mistrz polowania Albatros. Ale uwaga, jest dziś z nami również debiutant. Młody ptak, który w tym roku po raz pierwszy zmierzy się z lodowatą wodą i uciekającym rybami. Poznajcie go. Oto Pingwin Kopik.
            Na trybunach rozległy się brawa. Publiczność zagrzewała młodego zawodnika do walki. Niestety wśród zawodników przywitanie było zgoła odmienne.
            - Te elegancik a gdzie ty masz skrzydła? - powiedziała Rybitwa, pokazując na nie w pełni rozwinięte skrzydełka małego pingwina, po czym wszyscy wybuchęli śmiechem.
            - Toż to bardziej przypomina płetwę niż skrzydło. Chcesz latać na tych kikutkach? - dogryzały inne ptaki.
            - Przecież aby coś złowić, trzeba wzbić się do góry, obserwować wodę, a potem dajesz nura i cap, masz rybkę. A ty jak chcesz niby to zrobić, skoro nie możesz latać?
            - On chyba myśli, że ryba sama wskoczy mu do dzioba.
             - Cha, cha, cha - śmiali się wszyscy.
            Pingwinek tylko spuścił głowę i starał się nie słuchać tych złośliwości. Stanął na linii startu i czekał na rozpoczęcie zawodów.
            Bum! - rozległ się głośny strzał startera i wszyscy zawodnicy wzbili się w powietrze, poza oczywiście Kopikiem, który nie mogąc latać chodził wzdłuż brzegu obserwując wodę. Gdy tak się przyglądał nad jego głową przeleciał nagle Albatros i pierwsza porcja ryb wylądowały na brzegu. Ubiegłoroczny mistrz zrobił w powietrzu pętlę i odlatując z powrotem nad wodę zawołał:
            - Ej mały, odpuść sobie, to nie dla ciebie.
            Mały Pingwinek pomyślał: „to się jeszcze okaże”, po czym wziął rozbieg i z pluskiem wskoczył do zimnej wody znikając z oczu kibicom. Po paru chwilach wszyscy zamarli.
            - Kopik już dawno powinien był się wynurzyć - szeptali.
            - Może się coś stało - zawołał ktoś? - Może trzeba go ratować!
            Przewodniczący pośpiesznie wezwał ratowników, ale gdy ci szykowali się do wejścia pod wodę, Kopik z impetem wyskoczył na brzeg rzucając przed siebie tuzin złowionych ryb. Na trybunach rozległa się burza oklasków. Pingwinek uśmiechnął się i nie tracąc czasu wskoczył z powrotem do wody, by po chwili dorzucić kolejną porcję ryb, a potem jeszcze raz i jeszcze. I gdy zabrzmiała syrena końcowa, okazało się, że to właśnie ten mały nielot złowił dziś najwięcej ryb ze wszystkich ptaków, bijąc przy okazji dotychczasowy rekord.
            Wszyscy byli pod wiekiem wrażeniem. A konkurenci, no cóż, po prostu zdębieli.
            - Jak tyś to zrobił - pytali - przecież nie masz skrzydeł i w ogóle?
            - To prawda. My pingwiny faktycznie nie mamy tak jak inne ptaki rozwiniętych skrzydeł i nie możemy tak wspaniale latać, ale mama zawsze mi powtarzała, że wcale nie jesteśmy gorsi od innych, bo umiemy na przykład doskonale pływać i potrafimy długo nurkować, dzięki czemu łowienie ryb nie stanowi dla nas żadnego problemu.
            I tak oto mały pingwinek stał się bohaterem igrzysk, a inne ptaki zrozumiały, że nawet jak ktoś nie ma tak jak one w pełni rozwiniętych skrzydeł, gdy nie może latać jak one i kiedy wygląda nieco inaczej, to także może być wspaniałym ptakiem i współdziałać z innymi jak równy z równy, a nawet być od nich lepszym.