WYPRAWA

Tak, jak cztery strony świata łączą się w jedno w koronie drzewa, tak
czterech chłopców połączyła przyjaźń trwała, jak dębowy pień. Różni, jak cztery żywioły, uzupełniają się, tworząc brygadę niepokonaną. Dzień i noc szaleją po stepie. Ich matki wiedzą, że w grupie synkowie są bezpieczni – przestały się więc martwić.
To jacy są ci  chłopcy? Delimo ma taki słuch, że w mig rozpoznaje nawet najdrobniejsze zmiany w przyrodzie. Bartek od małego podróżował z karawaną ojca po świecie, dlatego zna mnóstwo języków. Poza tym jest tak rezolutny, że nawet gdy spotka kogoś z obcą mową, to i tak się dogada. Jósu urodził się bez rąk, ale za to z rozumem, którego niejeden mędrzec mu zazdrości. Nie byłoby jednak bandy bez herszta. Naszym chłopcom przewodzi Marti – najmłodszy i najniższy, ale obdarzony tak silną osobowością, że reszta chłopców skoczyłaby za nim w ogień.
Step jest ogromny, aż po horyzont. I wcale nie płaski jak stół – są pagórki i wgłębienia. Rzeka wydrążyła tu głęboki kanion. Ciągną nim prądy powietrza i wiatry. Porywają przenikliwe gwizdy chłopców, stojących na skraju przepaści. Czasem z wiatrem uleci też  jakaś czapka, a w ślad za nią przekleństwo.
Każdy chłopiec ma własną technikę gwizdania – na dwóch lub na czterech palcach, i jest to jedyna zabawa, przy której Jósu dotkliwie odczuwa brak dłoni. Chłopaki zawsze mówią: „sześć rąk na czterech, to aż nadto“, i faktycznie, nie ma zadania, z którym by sobie nie poradzili. Ale Jósu na własnych palcach nie zagwiżdże.
Chłopczyk był smutny, póki nie uświadomił sobie, że do gwizdania palce wcale nie są potrzebne. Przecież ptaki jakoś sobie radzą. Co za radość. Jósu ruszył biegiem w głuchy step, żeby poćwiczyć.
Z początku szło kulawo, ale praktyka czyni mistrza. Jósu chciał zostać mistrzem i zaprezentować kolegom nową umiejętność dopiero, gdy zgłębi jej wszystkie tajniki.
Niestety – ćwiczenie w samotności to czas bez koleżków. Oj, brak, brak wspólnych eskapad. Ale poświęcenie przyniosło efekty. Po tygodniu trenowania chłopiec był gotowy. Już zmierzchało, gdy stojąc na głazie, gwizdnął tego wieczoru po raz ostatni, tak dla pewności. Czysty jak łza i donośny jak hejnał dźwięk przeszył powietrze. Cisza, która potem zaległa, była jeszcze cichsza niż zwykle. Zdawało się, że słychać bicie własnego serca, dudniące i co dziwne, narastające. Jakby gwizd zbudził i przywołał serce, które teraz galopuje w tę stronę. Już wybiega zza pagórka – wielkie serce! Wygląda jak ogromny pies, albo jakiś włochaty koń! Dobiega do chłopca stojącego na głazie i patrzy mu w oczy. Tak się rozpoczęła przyjaźń dziecka i zwierzęcia.
Słońce praży, owady brzęczą, a trzech chłopców siedzi nad urwiskiem, patrząc jak w dole płynie rzeka. W końcu odezwał się Delimo:
–Wieczorem słyszałem dziwny dźwięk, gdzieś z oddali, słyszeliście?
– Co? Nie.
– No nie, to ty przecież jesteś wielkie ucho – odparli koledzy.
– Nie wiem, co to było. Jakiś ptak z dalekich stron się zabłąkał.
– Świat się zmienia – westchnął Marti – Jósu się zakochał, a na stepie pojawił się nowy ptak.
– Jósu ma dziewczynę?! – krzyknęli niemal z oburzeniem Bartek i Delimo
– No a myślicie, że gdzie tak lata? Nic tylko za babą.
– Twoją siostrą! Ha, ha, ha.
Chłopcy się rozweselili i zaczęli kombinować, co by tu porobić.
– Zanim świat się całkiem skończy, musimy zobaczyć, dokąd dopływa ta rzeka – stwierdził Marti. Chłopcy aż przyklasnęli, a w tym momencie dołączył do nich zdyszany Jósu.
– O, no w samą porę jesteś bracie, idziemy po kres rzeki!
– Idziemy!!
I poszli.
Rzeka jest cudowna. W jej szerokich wodach odbija się słońce. Miejscami wysoki brzeg się obniża, tworząc piaszczyste plaże. Chłopcy z piskiem się tam pluskali. Po południu doszli do zakola. Właśnie tu usadowiła się stara baba, przytłaczając krajobraz. Mimo upału była owinięta w czarne szale. Mamrocząc, pisała patykiem w mokrym piasku.
– Oj, chłopaczki, nie ominiecie mnie – krzyknęła basem, którego nie powstydziłby się żaden drwal.
– Skąd pani to wie? – odparł rezolutny Marti.
– Bo ja jestem jasnowidzem – tajemniczo wyjaśniła kobieta. – Teraz do mnie podejdziecie, a ja z ręki wam powróżę.
Chłopcy jak zahipnotyzowani podeszli do wiedźmy, wyciągając dłonie.
– Ty odnajdziesz skarb; ty będziesz królem plemienia; a ty nicponiu – powiedziała biorąc rękę trzeciego chłopca – zdobędziesz serce księżniczki.
Został Jósu. Baba spojrzała na niego czarnymi jak węgiel oczami. Szybko jednak wzrok odwróciła, bo mimo że nie było dłoni, z której by powróżyła, zobaczyła, że jeżeli ktoś ją przejrzy na wylot, to właśnie Jósu.
– A ty dzieciaku jesteś nieobliczalny – wymamrotała i pogoniła chłopaczków uradowanych wizją złotej przyszłości, jaka się przed nimi roztoczyła. Jak tylko odeszli, kobieta zeszła na czworakach nad wodę i krzyknęła: „złote chłopaki“, a głos jej daleko niósł się po wodzie.
Chłopcy dalej szli brzegiem, debatując, kto zostanie generałem, gdy Bartek już będzie królem. Jednak na kolejnym cypelku przyszło im zmierzyć się z bardziej palącą kwestią. Jak się oswobodzić z tego lassa, które zarzucił na nich ogromny mocarz i jak mu uciec, skoro lina się zacieśnia, a olbrzym związawszy chłopaczków, zarzucił ich sobie na ramię i niesie do nadrzecznej pieczary? Tak, oto jest pytanie.
To nie może być przypadek – spotkać dwie kreatury jednego dnia. Czwórka przyjaciół padła ofiarą zdradzieckiego spisku wiedźmy i mocarza z liną w ręku.
Jak się ratować? Nikt nie ma scyzoryka. Nikt krzyku nie usłyszy na tym przeklętym pustkowiu. Gwizdać chłopaki potrafią głośniej niż krzyczeć, no ale mają związane ręce.
Jósu aż zadrżał. Poczuł, że zależy od niego los przyjaciół. Nabrał powietrza. Gwizdnął, ale to gwizdnął tak, że kamienie posypały się ze sklepienia, a kolegom przez tydzień dzwoniło w uszach.

Czy to pociąg nadjeżdża, a może bizony pędzą nad rzekę? Nie, to zwierz, którego Jósu poznał na stepie, przybiegł chłopcom na ratunek. Stworzony, by zwycięsko wychodzić ze starć z olbrzymimi szubrawcami. Z odwiezieniem do wioski zachwyconych łobuziaków też sobie nieźle poradził. Piąty przyjaciel, stepowy skowroneczek

 

następna bajka: "Zaczarowany krzew"