"Wiosenna wycieczka"   

            Kolejny wiosenny dzień wstawał lekko nad miastem,senne jeszcze drzewa wyginały leniwie swoje gałęzie na wietrze,a słońce nabierało rumieńców.Małego Wojtka obudziło głośne świergotanie ptaków za oknem.Na parapecie usiadły dwie sikorki i zaciekawione zerkały przez szybę do pokoju chłopca.Gdy on podszedł-spłoszyły się i odfrunęły.Wtedy jego uwagę przykuło coś błyszczącego na parapecie.Ostrożnie uchylił okno.„Rodzice nie byliby zadowoleni”-pomyślał.Urodził się z wadą prawej rączki-była ona dużo mniejsza,chudsza i słabsza niż lewa,palce miał w niej wiotkie i delikatne.To dlatego rodzice tak bardzo obawiali się o niego i darzyli wyjątkową opieką.Chłopiec już chwytał lśniący przedmiot,gdy do pokoju weszła mama.
- Nie!- krzyknęła przejęta-Przecież mógłbyś wypaść,a nie masz tyle siły,by się utrzymać okna-rzekła już ciszej i z troską.
-Przepraszam-Wojtek pobiegł do kuchni,wrzucając w pośpiechu„znalezisko”do plecaka, stojącego przy drzwiach.
                                                                      ***                     
            Dzwonek oznajmił początek lekcji.Wojtuś biegł wtedy jeszcze po schodach,a za nim mama z tornistrem.Wpadł spóźniony do klasy.
 -Co,nie masz siły sam nosić swojego plecaczka?-przywitał go z drwiną Bartek,klasowy „osiłek”,rok starszy od reszty.
-Dość tego-ucięła krótko pani Iwona,wychowawczyni klasy trzeciej-Sprawdzimy zadania domowe,a potem powiem wam o pewnym pomyśle.Wojtek nie słuchał.Myślami był gdzie indziej.Zerknął przez okno,gdzie spomiędzy resztek białego śniegu przebijała się niziutka trawa.„Dlaczego dzieci śmieją się ze mnie?Chciałbym być taki, jak one”.Z rozmyślań wyrwał go donośny głos Bartka:
- Proszę pani,Wojtek nie słucha,on powinien przeczytać!
- Bartku, proszę o spokój!Może ty zaprezentujesz nam swoje dzieło?
-Ja…nie mam,bo robiłem inne rzeczy-odparł nie speszony.
-A co takiego ciekawego robiłeś?
-Ja gram w takie gry,żeby każdy wiedział ile mam siły.Bo wie pani,ja się niczego nie boję,nie tak jak niektórzy-dodał tryumfalnie,spoglądając na Wojtka.
-Przyjdź do mnie po lekcji z zeszytem-pani Iwona była poruszona.-A teraz koniec tematu.Posłuchajcie uważnie:ponieważ robi się coraz cieplej,zabierzemy was razem z panem Jurkiem na wycieczkę poza miasto.
-Tak!-krzyknęły rozradowane dzieci.Była to dla nich ogromna radość po długiej zimie wybrać się, gdzieś w podróż.                                                      
                                                                      ***
            Rodzice Wojtka zastanawiali się,czy ich syn poradzi sobie na szkolnej wyprawie,lecz ostatecznie zgodzili się.Spacerując z niewielkim tornistrem,Wojtek rozglądał się zaciekawiony po lesie.Liście drzew nabrały jasnozielonego koloru,a przez nie przebłyskiwało słońce,ogrzewając promieniami uśmiechnięte dziecięce buzie.
-Patrzcie, jakie skały!-dzieci przekrzykiwały się, wskazując palcami ogromne głazy, pokryte mchem, które układały się na kształt jakiegoś zwierzęcia.Szli tak już długi czas i czuli się coraz bardziej zmęczeni.
-Wydaje mi się,że przechodziliśmy już  koło tego wielkiego dębu-powiedziała pani Iwona do pana Jurka.
-Musieliśmy zabłądzić-odparł i zaczął przeszukiwać swój plecak,chcąc znaleźć mapę.
-To niemożliwe-zmartwiła się pani-Zaczęło się ściemniać,czyżby nadciągał deszcz?
-Spokojnie,dojdziemy na miejsce na czas-uspokoił grupę pan Jurek.A z nieba zaczęły kapać pierwsze krople deszczu,najpierw drobne,a po chwili większe i bardziej intensywne.Naraz wewnątrz lasu zrobiło się ciemno i szaro.
-Już niedaleko-zapewnił pan Jurek-Wiem,gdzie jesteśmy,przyspieszmy kroku-ponaglił dziecięcą drużynę.
Wojtek maszerował dzielnie,ale czuł,że jest coraz   bardziej zmoknięty.Nagle ich oczom ukazała się piękna drewniana chata z małymi okiennicami i szarą podmurówką.
-Jesteśmy!-uradowała się pani Iwona,i już zaczęła wyciągać z kieszeni kurtki klucze do schroniska,gdy podbiegł do niej Bartek wołając:
-Ja chcę otworzyć-wytrącił z rąk pani klucze,które z brzękiem wpadły w szczelinę pomiędzy skałami.
-Nie! Coś ty narobił?-równocześnie z panem Jurkiem rzucili się w stronę luki lecz była za wąska,by wyjąć stamtąd klucze ręką.Deszcz nie ustawał.Naraz zagrzmiało srogo.
-Boję się!Boję się burzy!-wrzasnął Bartek.Był przerażony,jego łzy mieszały się z kroplami deszczu.
-A mówiłeś,że niczego się nie boisz-rzucił ktoś w jego stronę.Wojtek stał przez chwilę przejęty,gdy nagle zaświtał mu w głowie pewien pomysł.Gorączkowo przeszukiwał kieszonki plecaka,aż trafił na lśniący mały przedmiot-ten sam który ściągnął kiedyś z parapetu swojego pokoju.Rozłożył w dłoni mały złoty księżyc-jakby rozgiętą połyskującą obrączkę,mogącą służyć jako haczyk.
-Ja to zrobię-rzekł stanowczo.
-Wojtuś, ty lepiej nie…-pani Iwona wahała się.
Lecz chłopiec już zwinnym ruchem przeskoczył ku skalnej szczelinie.Powoli włożył rękę w pęknięcie,jego prawa rączka była tak mała,że spokojnie się tam zmieściła.W palcach trzymał lśniący księżyc,podważył nim delikatnie klucze na dnie przesmyku i równie powoli zaczął wyciągać je ku górze.Klucze swobodnie wisiały na złotym przedmiocie.Wtedy dojrzał pod dachem budynku schowane dwie sikorki.Ten widok wydał mu się znajomy.
-Hurra! Jesteś bohaterem!-krzyczały dzieci,skacząc do Wojtka.
-Jesteś naszym bohaterem!-ścisnęła go pani Iwona,a pan Jurek poklepał z uznaniem po plecach.
Otworzyli drzwi leśnego schronienia i wszyscy weszli do środka.Musieli przeczekać deszcz.Dzieci obskoczyły Wojtka i zasypywały pochwałami.
-Nic wielkiego-powiedział skromnie,ale czuł się dumny z siebie.
Z drugiego kąta przysunął się w jego stronę Bartek ze smutną miną:
-Bardzo boję się burzy.Boję się wielu rzeczy.Udaję tylko,że jestem taki odważny.Przepraszam,że byłem taki okropny dla ciebie-powiedział ze spuszczonym wzrokiem.Po policzku płynęła mu łza.
-Ja też się czasem boję-odparł Wojtuś, kładąc rękę na ramieniu kolegi. Być może trudno w to uwierzyć,ale ci dwaj chłopcy zostali od tej pory najlepszymi kolegami.Inne dzieci zobaczyły jak wspaniałym i pomysłowym kompanem zabaw jest nasz bohater.A Wojtuś czuł się dobrze jak nigdy dotąd.I bardzo polubił wiosenny świergot sikorek.