W  ogrodzie


W ogrodzie soczystych traw i wybujałych owocowych drzew budził się nowy dzień. Coraz donośniejszy śpiew ptaków, któremu przewodził świergot kosów, oznajmiał wszystkim mieszkańcom ogrodu, że nadszedł czas powitać poranek.
Jak zwykle o tej porze dorosłe owady zabierały się do pracy lub wyprawiały małe owady do Zielonej Szkoły. Jeszcze inni mieszkańcy sadu leniwie wypełzali ze swych norek. Pozostali opuszczali kielichy kwiatów, które zamieszkiwali. Wszyscy oni zmierzali na targowisko flory i fauny, gdzie każdy z każdym mógł wymienić się nektarem, drobnymi owocami, a przede wszystkim zaczerpnąć najświeższych plotek   z najdalszych zakątków ogrodu. Ostatnim tematem numer jeden byli nowi mieszkańcy warzywnika, rodzina państwa dżdżownic.
Niedaleko szklarni, w cieniu jabłonki, w jedynej w ogrodzie Zielonej Szkółce rozpoczynały się właśnie lekcje przyrody. Małe owady usadowiły się na cienkich gałązkach, które służyły im jako ławki i zajęte sobą bez zniecierpliwienia oczekiwały na przylot swojej Pani. W międzyczasie, śmiejąc się i dokazując, nie zauważyły, jak do klasy zawitał nowy przybysz. Ów gość nieśmiało przesunął się w kierunku ostatniej gałązki i usadowił się na niej, wspinając się z trudem na giętką łodyżkę. Nadal niezauważony siedział cichutko w kącie nie zwracając na siebie uwagi.
Do klasy przyleciała Pani Ważka. Wylądowała za swoim biurkiem z kory i po chwili rozejrzała się po sali.
- Uwaga! Cisza! - Pani Ważka zatrzepotała skrzydełkami - Chciałabym wam przedstawić nowego  kolegę, który od dzisiaj będzie uczęszczał na nasze zajęcia.
Oczy całej klasy teraz były zwrócone na nowego przybysza.
- Cześć! Jestem Bzyk. A ty? - śmiało odezwał się największy rozrabiaka          w klasie, bączek. I nie czekając na odpowiedź dodał - Dziwnie wyglądasz. Nie widziałem cię ani w ogrodzie, ani na polanie. Skąd jesteś?
- Moi drodzy, poznajcie się. Oto Rufi. Przybył do nas z oddalonej nieopodal łąki - poinformowała Pani Ważka uprzedzając odpowiedź nieco zmieszanego nieznajomego.   
-  Dziwny… Śmieszny… Spójrzcie na jego łapki… - dobiegały szepty z głębi sali.
Rufi, który zdawał się słyszeć wszystkie odgłosy dochodzące z ławek, zawstydził się i przestępując z nóżek na nóżki, wycofał się za panią nauczycielkę. Jako że był małą gąsienicą, istotnie mógł się wydawać nieco odmienny od reszty zgromadzonych w klasie dzieci. Krótkie, wręcz niezauważalne łapki, pokryte gęstym futerkiem, były tym co wyróżniało Rufiego na tle innych.
- Rufi, wracaj na miejsce. Z pewnością znajdziesz tu wielu kolegów                   - zakomunikowała Pani Ważka - A teraz przejdźmy do lekcji. Dzisiejszym tematem będzie…
Ale do małego Rufiego nie docierały już słowa nauczycielki. Zastanawiał się jak to będzie, kiedy zajęcia dobiegną końca. Czy dzieci polubią go takiego jakim jest, mimo jego krótkich, nietypowych łapek?
Rozległ się konwaliowy dzwonek.
Małe owady wybiegły na szkolny plac przekrzykując się i przekomarzając. Prym w zaczepkach i kąśliwych uwagach wiódł komar Marek. I to on pierwszy podleciał do Rufiego.
- Hej Rufi, nie zapomniałeś o czymś? - Marek klepnął skrzydełkiem małą dżdżownicę.
- O czym? - Rufi zainteresował się z ożywieniem.
- O łapkach! Gdzie twoje rączki? Zapomniały wyrosnąć? - zaśmiał się głośno komar Marek i ku uciesze wszystkich zgromadzonych na placu kontynuował - Zobacz Rufi, wszyscy wkoło mają albo skrzydełka, albo wspaniałe nóżki i pazurki, albo           i jedno i drugie.
Zgromadzone małe owady napuszyły się i z dumą zaczęły prezentować swoje kończyny. Konik polny Maks prężnie skacząc tu i tam na chwilę pochłonął uwagę Rufiego - Jakież on miał silne i piękne odnóża - przebiegło przez myśl Rufiemu. Istotnie, dzięki nim Maks mógł przemieszczać się w zawrotnym tempie. I to               w każdym kierunku. Rufi z podziwem obserwował też inne owady. Pajączka Pola rozpostarła cztery pary swych nóżek, tak że mogłaby nimi objąć nie tylko Rufiego, ale również kilku innych swoich kolegów, a nawet pąk małej różyczki, która rosła nieopodal. Z kolei maleńka mrówka Zyta jak oszalała biegała slalomem pomiędzy łodygami traw. Co prawda nie bardzo wiedząc po co, ale skoro wszyscy zajęci byli teraz swoimi przechwałkami, nie chciała być gorsza.
Rufi westchnął cichutko i do końca dnia rozmyślał dlaczego nie może być taki jak inne dzieci. Przecież nawet Marek, Pola i Zyta bardzo różnią się od siebie. Mają odmienne ubarwienie, są mniejsze lub większe. No tak, ale oni wszyscy mają coś co ich łączy. Czy wystarczy mieć tylko silne i wykształcone, długie łapki? Czy kluczem do tego, aby stać się lubianym musi być brak przeszkody w postaci takiego drobiazgu jak małe rączki? Rufiemu problem ten wydawał się coraz poważniejszy. W końcu zmęczony nieustannym rozmyślaniem zasnął.
Nagle Rufi poczuł jak unosi się nad łóżkiem. Najpierw powoli wzniósł się na wysokość lampy zwisającej z liściastego sufitu. Przez chwilę zastygł w powietrzu, aby kilka sekund później znaleźć się już poza domem. Oczywiście Rufi nie omieszkał skorzystać z okazji, że ni stąd ni zowąd potrafi latać i pokój opuścił wylatując przez okno.
- Ach, jak cudownie - śmiał się Rufi zataczając nad łąką coraz szersze kręgi. Szybował teraz nad ogrodem i podziwiał widoki, o jakich wcześniej mógł tylko pomarzyć. Nie spostrzegł kiedy dołączyły do niego dzieci z klasy, które dzisiaj poznał. Otoczyły go wianuszkiem, aby po chwili pozwoliły dołączyć do unoszącej się gromadki. Wspólnie z Maksem, Polą, Markiem, a nawet mrówką Zytą tworząc wirujący pierścień, Rufi radośnie płynął w powietrzu. Krąg połączony był splotem łapek, za które trzymali się wszyscy. Tak! Za łapki! Dopiero teraz Rufi uświadomił sobie, że jego malutkie pazurki nie stanowią żadnej przeszkody w tym, aby cieszyć się z innymi zabawą.
- Rufi, jest fantastycznie! Rufi spójrz tutaj! - dobiegały zewsząd głosy - Rufi, hurra! Rufi… Rufi halo, halo! Rufi zbudź się! Czas do szkoły…
Głos mamy coraz wyraźniej słyszalny powoli sprowadzał Rufiego z sennych marzeń na ziemię.
- To tylko sen - pomyślał Rufi - Piękny sen…
W Zielonej Szkółce dzień nie różnił się od poprzedniego. Najpierw gimnastyka, potem zajęcia z przyrody, przerwa śniadaniowa i powrót na dalszy ciąg lekcji. Rufi jako jedyny w klasie siedział w ławce sam. Lekcje przeciągały się w nieskończoność, a przynajmniej takie odnosił wrażenie. W głowie Rufiego przewijały się obrazki, jakie widział ostatniej nocy. Z fantazji wyrwało go obwieszczenie Pani Ważki, że czas na długą przerwę, po której nastąpi konkurs plastyczny. Podekscytowane owady opuściły w pośpiechu klasę, a za nimi zwolna podążył Rufi.
Usiadł na kamieniu leżącym na szkolnym placu i przypatrywał się pozostałym dzieciom. Ich ulubioną zabawą było rzucanie kroplą rosy. Zasady tej gry były proste. Należało złapać kroplę niczym piłkę i odrzucić ją wybranemu uczestnikowi zabawy. Cała trudność polegała na tym, aby nie uszkodzić kropelki. Jeden fałszywy ruch           i wodna piłka rozpryskiwała się na tysiące mniejszych kropelek, ochlapując przy tym przegranego ku uciesze wszystkich.
Podążając wzrokiem za szybko przemieszczającą się z rąk do rąk kropelką rosy, Rufi zapomniał na chwilę, że jest w szkole. Miał nadzieję, że koledzy zauważą go         i również pozwolą przyłączyć się do gry. Jak zahipnotyzowany przyglądał się całej zabawie, gdy nagle usłyszał - Teraz Rufi! Hej Rufi, łap! - Mimo iż Rufi miał odrobinę nadziei, że i do niego w końcu zostanie skierowana piłka, długim oczekiwaniem stracił w to wiarę. Aż tu nagle kompletne zaskoczenie! Tak duże, że Rufi nie zdążył zareagować w jakikolwiek sposób. Co prawda w ostatniej chwili próbował łapkami przyjąć opadającą na niego kroplę rosy, ale nie dosięgnął jej i mokra piłka spadła na głowę Rufiego. Oczywiście, wyszedł z tego starcia przemoczony do suchej nitki. Otrząsnął się tylko i przepraszającym gestem wzruszył ramionami.
- Co się stało Rufi? Deszczyk pada? - zachichotał komar Marek - Oj, Rufi niezdara - dodał bączek Bzyk. Ktoś inny jeszcze dodał nucąc - Dziurawe łapki, oto okaz rzadki!
Wybawieniem dla zmieszanego Rufiego był dzwonek, wzywający na ostatnią lekcję, podczas której miał się odbyć konkurs. Wszyscy zasiedli na swoich miejscach oczekując na zadanie, jakie miała przed nimi postawić Pani Ważka. Po chwili wszystko stało się jasne. Dzieci miały namalować swoich kolegów z klasy. Następnie, wspólnie miały wybrać najlepszy obrazek, a jego autora nagrodzić kwiecistą odznaką „Młodego Talentu”. Wszyscy ochoczo zabrali się za malowanie. Na cieniutkich listkach akacji powoli zaczęły się zarysowywać pierwsze postacie. Najczęściej tematem prac byli koledzy z ławek. Rufi zanim przystąpił do swojej pracy rozejrzał się po klasie. Wszyscy w skupieniu tworzyli swoje małe dzieła. Więc i on rozpoczął pracę nad swoim obrazkiem.
Pod koniec lekcji Pani Ważka zebrała prace wszystkich dzieci. Przeglądając kilka na chwilę zatrzymała się przy jednej z nich. Uśmiechnęła się i po chwili zaczęła rozwieszać na tablicy akacjowe listki, na których widniały podobizny niemal wszystkich uczniów z klasy. I tak, pajączka Pola przypominała bardziej rozgwiazdę     o długich ramionach niż siebie. Konik polny Maks na malunku wyglądał zabawnie      z olbrzymią głową i malutkim tułowiem. Nie lepiej prezentował się Bzyk, którego chyba dla żartu namalowano okropnie grubego, a w dodatku jego żółto-czarne pasy układały się zupełnie na odwrót niż w rzeczywistości. Jednak uwagę małych owadów przykuła jedna praca. Nie przedstawiała tylko jednej postaci. Widnieli na niej wszyscy. Cała klasa, trzymając się za łapki szybowała ponad łąką. Błyskawicznie można było rozpoznać kto jest kim na obrazku. Widoczny był każdy, nawet najmniejszy szczegół, a przede wszystkim promieniste roześmiane buzie dzieci. Buzie małych owadów, które teraz oglądały siebie na obrazku wyglądały zgoła odmiennie. Wszystkie były otwarte ze zdumienia i zachwytu.
            - Myślę, że chyba wszyscy zgodzą się ze mną, że zwycięzca dzisiejszego konkursu może być tylko jeden - powiedziała Pani Ważka sięgając po odznakę            - Zapraszam cię Rufi, podejdź do nas - zachęcającym gestem nauczycielka przywołała małą dżdżownicę.
            Grupka, która zebrała się pod tablicą rozstąpiła się, a do jej środka wkroczył zakłopotany Rufi.
- Ja, ja chciałem jak najładniej. Żeby wszyscy wszystkim się podobali i żeby tak razem i w ogóle... wydusił z siebie - Żeby marzenia się spełniły… - dodał cichutko.
- Rufi, to jest fantastyczne! Zdolniacha z ciebie - rzekł Bzyk z podziwem poklepując kolegę.
- No, no, nie spodziewałam się, że mamy tutaj takiego artystę - skomentowała Pola, która wciąż nie mogła oderwać wzroku od obrazka Rufiego.
- Rufi, namaluj coś jeszcze dla nas - poprosiła mrówka Zyta. Jej również bardzo podobała się, to w jaki sposób została przedstawiona.
Z przypiętą już odznaką, Rufi stał teraz na środku klasy. Przepełniała go duma ze swojej pracy, ale najbardziej cieszył się, że koledzy docenili jego umiejętności         i czuł się teraz pełnowartościowym członkiem grupy.
- Chodź Rufi, już po zajęciach - do Rufiego zbliżył się konik polny Maks           i wyciągnął do niego jedną ze swych łapek - Zagrajmy w piłkę. A potem wszyscy pójdziemy na sok z żywicy.
- Tak, hura! Hura! - rozległy się głosy wkoło - Chodźmy czym prędzej!
Wszystkie dzieci trzymając się za łapki opuściły klasę i pobiegły na zieloną łączkę.  Pani Ważka obserwując przebieg ostatnich wydarzeń, ponownie uśmiechnęła się i spoglądając to na obrazek Rufiego, to na oddalającą się grupkę westchnęła - Ach, łobuzy… Kochane łobuziaki! Marzenia się spełniają…
Koniec

 

następna bajka: "W naszych rękach"