W LESIE PRZYJAŹNI

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a potem jeszcze dwa zakręty w lewo, rośnie sobie ogromny, dziki las. Nie jest to zwyczajny las, jaki znacie, ale zaczarowany.
I choć nie jest to las Baby Jagi, ani złego wilka, co czai się w ukryciu, to lepiej tam nie wchodźcie bo pobłądzicie, tyle tam pogmatwanych ścieżek.
A mieszka w nim Dobra Wróżka Eugenia, co spełni jedno życzenie każdego, kto do niej dotrze. Tylko jedno, nie więcej! Więc dobrze je przemyślcie, zanim się do niej wybierzecie.
            I właśnie do Wróżki Eugenii, postanowił udać się któregoś dnia Zajączek Krzyś, co miał przykrótką łapkę i był z tego powodu bardzo nieszczęśliwy.
Szedł, szedł i szedł, aż spostrzegł, że po dwóch dniach uciążliwej wędrówki wrócił do punktu, z którego wyszedł. A że był bardzo wytrwałym zajączkiem, więc nie zamierzał się poddawać. Szedł dalej, tym razem innej ścieżce zaufał.

- Dokąd to idziesz Zajączku? – usłyszał nagle dobiegający z góry głos. Bardzo się przestraszył, bo wielce płochliwy był z natury.
- Do... wróżki Eugenii – powiedział nieśmiało, rozglądając się wokół za właścicielem głosu.

- Do Wróżki Eugenii,
co jedno marzenie spełni?
Tośmy się spotkali z rana,
   jak dwie igły w stogu siana!
 – usłyszał znów.

- Kim jesteś „głosie”? – zapytał strzygąc z niepokojem uszami.
- Alojzy Słowik – przedstawił się „głos”.
Wtedy dopiero zauważył Słowika siedzącego na gałęzi dzikiego bzu.
- Ty też szukasz Wróżki, Słowiku?

- Robię wszystko co w mej mocy,
szukam jej za dnia i w nocy.
Moja duma nad tym ubolewa:
jestem Słowikiem, co kiepsko śpiewa!

– wyrecytował Słowik. I dodał:
             
- Poproszę ją o śpiewu dar,
bym swym głosem roztaczał dźwięków czar.

- Dlaczego mówisz cały czas wierszem? – zdziwił się Zajączek, bo trochę mu się to wydało dziwne.
- Póki nie mogę być śpiewakiem,
będę poetą – ptakiem!

- Zające nie śpiewają i jakoś im to nie przeszkadza. A ty udajesz kogoś, kim nie jesteś – rzekł Krzyś.
- A jaki jest twój WIELKI problem, skoro mój nie znalazł należytej uwagi u ciebie.
- Mam jedną łapkę krótszą od drugiej, nie mogę kicać wesoło jak inne zające. Jest mi smutno, bo nie mam przyjaciela.
- Też mi coś! Łapka to nie problem. Spójrz na mnie, ja w ogóle nie mam łapek tylko skrzydła i wcale mi to nie przeszkadza. Ale brak pięknego głosu to dopiero rozpacz. Jakim smutnym, samotnym Słowikiem jestem!
I w ten sposób pokłócili się ze sobą: Zajączek Krzyś z Alojzym Słowikiem o to, czyja samotność jest bardziej dotkliwa. I szli tak przez las, drocząc się ze sobą nawzajem, to znów godząc i radośnie kicając, świergocząc i żartując. Ani się obejrzeli, jak dotarli do samego serca lasu, znając się jak dwa łyse konie.

Wtem coś zaszeleściło w krzakach, zaryczało przeciągle i oczom Alojzego Słowika i Krzysia Zajączka ukazał się wielki biały... DUCH! Nie... Potwór!... Nie! Niedźwiedź Polarny! Tylko co on tutaj robił? Do Bieguna kawał drogi stąd.
- Nie wiecie którędy do Wróżki Eugenii? – zapytał jak gdyby nigdy nic Niedźwiedź, wpędzając tym dwójkę małych wędrowców w nieme osłupienie.
- Możesz dołączyć do nas, razem jej poszukamy - odpowiedział cichutko Zajączek. – Jaką masz prośbę do Wróżki, Niedźwiadku Polarny, jeśli mogę nieśmiało zapytać? I skąd taki niedźwiedź w ciepłym lesie?
- Nie jestem polarnym, ale Brunatnym Niedźwiadkiem. Los spłatał mi psikusa i urodziłem się biały, dlatego rodzice nazwali mnie Śnieżynką. Oj! Jaki ja jestem nieszczęśliwy!
I opowiedział Krzysiowi i Alojzemu, jak to inne niedźwiedzie patrzą na niego spode łba, a wszystkie dzieci przed nim uciekają, wystarczy tylko, że wynurzy się z leśnej gęstwiny i... choćby ziewnie! Próbował już wszystkiego, nawet wygrzewał się na słońcu przez wiele dni, bo podpatrzył raz, że ludzie tak robią i z różowych zamieniają się w brązowych. Ale na nim ta sztuczka – nie wiedzieć czemu - nie zadziałała.
- Kolor futerka nie ma znaczenia – powiedział Alojzy - Co innego głos!
- Albo łapka – wtrącił Królik.
I poszli dalej przez las, próbując się nawzajem przekonać o tym, że to właśnie ich zmartwienie jest największe, a smutek najgłębszy.
Czasem Słowik, który wreszcie przestał udawać poetę, dolatywał do jakiegoś wierzchołka drzewa i zrywał najsłodsze czereśnie dla Niedźwiadka. Innym znów razem Krzyś, swoją malutką łapką wydobywał dla niego z wąskiej szczeliny soczyste korzonki, to znów Śnieżynka, brał na swój grzbiet zmęczonych towarzyszy, za co obaj byli mu niezmiernie wdzięczni. Raz nawet przegonił Złego Lisa swoim groźnym: łaaaa!!
Dobrze im było ze sobą, choć przekomarzaniom nie było końca!
 
Doszli wreszcie do polany usłanej kwiatami z całego świata, po której spacerowała pani, w sukni połyskującej kolorami tęczy.
- Wróżka Eugenia! – krzyknęli zachwyceni.
- Co was do mnie sprowadza? Nie wyglądacie mi na strapionych.
Wówczas zaczęli naraz opowiadać:
- Chciałbym mieć zdrową łapkę i mieć przyjaciół! – zawołał Zajączek.
- A ja pragnę być pierwszym słowikiem w lesie, tak, żeby wszyscy mnie podziwiali i lubili – świergotał z przejęciem Słowik Alojzy.
- A ja chcę mieć brązowe futerko i być szczęśliwy – dodał Śnieżynka.
- Zapomnieliście, że spełniam tylko jedno życzenie? Każde z was wypowiedziało dwa. – Po czym zwróciła się do Zajączka:
- Musisz wybrać: wolisz mieć przyjaciół czy zdrową łapkę?
- Myślałem, że jak uzdrowię łapkę, to zyskam przyjaciół – zamyślił się Zajączek Krzyś. - Nie mam nikogo, kto by mnie wysłuchał, troszczył się o mnie i psocił ze mną.
- To kim są ci dwaj, których przyprowadziłeś ze sobą? – zainteresowała się wróżka Eugenia.
            I wtedy Krzyś się rozpromienił, bo właśnie zrozumiał, że jego łapka, choć taka mała, to jednak zdołała przysłonić mu cały świat. I to tak bardzo, że nie zauważył, że szczęście, którego od wielu, wielu dni szukał, drepcze i frunie tuż za nim.
W tej samej chwili zrozumieli to również Niedźwiadek Śnieżynka i Alojzy Słowik: że futerka bywają różne i z przyjaźnią nie mają nic wspólnego, ani że nie trzeba być doskonałym, by być lubianym i że jeśli się całą uwagę skupi na własnym zmartwieniu, to przestaje się widzieć tych, którzy są nawet bardzo blisko.