Wróżka bez paluszka

 

Czy widziałeś kiedyś szkołę dla małych czarodziejów? Takich szkół jest wiele, ale prawie nikt nie wie o ich istnieniu. Ludzie przechodzą obok i nie zauważają ich. Jednak jeśli przypatrzysz się uważnie dziuplom w drzewach, nieczynnym fontannom, lub też zajrzysz pod ławkę w parku, może uda ci się dostrzec małe wróżki. Pilnie przeglądają zeszyty z czarami, a na przerwach biegają po szkolnych korytarzach i bawią się, zupełnie tak jak ty.
W jednej z takich szkół uczyła się Wróżka Pez Paluszka. Tak naprawdę miała na imię zupełnie inaczej, ale nikt już o tym nie pamiętał. Była ładna i miła, tak jak ty. Jakiego koloru masz oczy? Oczy Wróżki bez paluszka były brązowe, jak czekoladowe ciasteczka. Ale pewnie nie dostrzegłbyś tego, bo były nie większe niż główka od szpilki. Twoje włosy są długie, czy krótkie? Wróżka była dumna ze swoich długich włosów, ale tak naprawdę nie były dłuższe niż szczecina pędzelka.
Zastanawiacie się może, w jaki sposób Wróżka Bez Paluszka zyskała swoje dziwne przezwisko? Nasza mała wróżka urodziła się bez rączek. Takie rzeczy zdarzają się także w świecie ludzi, a świat wróżek wcale się od niego tak bardzo nie różni. "To tajemnica, dlaczego tak się dzieje" – powiedziała mamie wróżki żaba, która odbierała poród. "Kochajcie ją najbardziej na świecie, a będzie taka, jak inne wróżki". Rodzice posłuchali żabiej rady. Przecież mała wróżka była ich ukochaną córeczką.

Nauka w szkole dla czarodziejów to nie lada frajda. Skoki na dmuchawcu, ujeżdżanie dżdżownicy, śpiewanie "Kiedy mała wróżka jechała na słoniu...". Ulubionym przedmiotem Wróżki Bez Paluszka była jednak historia magii. Lubiła czytać o słynnych czarodziejkach, dzielnych krasnoludach i potężnych magach. W jej pokoju nad łóżkiem wisiał plakat Lukrecji, słynnej wróżki z krainy Henhendaleko. Lukrecja była idolką naszej małej bohaterki. Miała ogniste, rude włosy i groźne spojrzenie, które zdawało się miotać wokół błyskawice. Wróżka Bez Paluszka podziwiała jej odwagę. Lukrecja uratowała kiedyś dwa młode krety przed strasznym smokiem (powiemy ci w sekrecie, że była to kosiarka). Wycelowała w smoka swoją różdżkę i rzucała czar tak długo, aż  potwór zakaszlał i stanął w miejscu. Kiedy zdzwiony ogrodnik oglądał maszynę, wróżka wzięła kreciątka pod pachę i wyniosła je w bezpieczne miejsce. Mała wróżka marzyła, że kiedyś ona też dokona podobnych bohaterskich czynów. Tymczasem bawiła się we wróżkę Lukrecję ze swoimi przyjaciółmi, Florą i Hugonem. Zakładała płaszczyk z chusteczki do nosa, robiła groźną minę i krzyczała: "Uciekajcie, krety! Obronię was przed tym okropnym smokiem!" Hugo udawał ziejącego ogniem smoka, zaś Flora – przerażone kreciątko. Niekiedy martwiła się, że z powodu braku rąk nie może używać różdżki, tak jak jej idolka. Hugo pocieszał ją: "Ty tak głośno krzyczysz, że każdy smok uciekłby w popłochu. Nie potrzebujesz żadnej różdżki." Wróżkę czasem to przekonywało, a czasem nie.

Na ferie Wróżka Bez Paluszka pojechała do dziadków, którzy mieszkali w starej puszce po brzoskwiniach. Będąc w szkole bardzo stęskniła się za nimi. Uwielbiała długie opowieści, które wieczorami snuł dziadek, oraz latawce z papierków po cukierkach, które robiła z nią babcia. Bawiła się z dwiema oswojonymi biedronkami i jadła tony ciastek. Chyba ty też lubiłbyś takich dziadków?

Któregoś wieczora dziadziuś był jednak jakiś nieprzyjemny. Złościł się o byle co i bez przerwy narzekał. Okazało się, że z powodu złej pogody okropnie bolą go plecy. Dziewczynka posmutniała. Chciała pomóc dziadkowi, ale nie wiedziała jak. Zaśpiewała mu piosenkę "Na weselu u stonogi", ale na ból pleców to nie pomogło. Och, gdyby jakimś sposobem udało się przegnać ten okropny deszcz! Ale jak? Strapiona wróżka wróciła do szkoły.

Zaczął się nowy semestr, a wraz z nim to, na co wróżka najbardziej czekała – nauka czarów. Najpierw drobnych: jak sprawić, żeby zniknął korzuch na mleku; jak zmienić kolor oczu albo rozmnożyć cukierki w paczce. "Później przyjdzie kolej na nieco większe rzeczy. Na przykład, jak przegonić mały deszczyk" – powiedziała pani Melania, która uczyła ich tego przedmiotu. "Przegonić deszczyk?! To by pomogło dziadkowi" – prawie wyrwało się Wróżce Bez Paluszka. Od razu po lekcji podeszła do nauczycielki, by wypytać się o szczegóły. Pani Melania, która bardzo lubiła małą wróżkę, spojrzała na nią smutno i odparła: "To jest niestety jeden z czarów, do których niezbędna jest różdżka. Bardzo mi przykro."

Mała wróżka przez całą drogę do domu płakała. Nie pomogło pocieszanie Hugona i Flory, ani przytulenie się do mamusi. Czuła, że nigdy nie będzie taka, jak przyjaciele ze szkoły. Co z niej za wróżka, jeśli nie jest w stanie przegonić nawet małego deszczyku? Leżała na łóżku, a niewesołe myśli krążyły nad nią jak rój much. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie twarz Lukrecji, gniewnie zerkająca z plakatu. Wydawało się, że mówi: "Dosyć tego w płaczu, mała wróżko! Weź się w garść i coś wymyśl." "Ale co?" - spytała się dziewczynka. – "Może mi coś podpowiesz? Ty na pewno znajdziesz rozwiązanie. A gdybyś tak wyczarowała mi rączkę? Taka potężna czarodziejka jak ty..." Tego wieczoru Wróżka Bez Paluszka postanowiła, że odnajdzie Lukrecję, nieważne jak długą drogę będzie musiała przebyć. Bez względu na to, jakie trudy czekają ją w trakcie. Zdecydowała, że wyruszy do krainy Henhendaleko.

Dla ciebie droga z domu wróżki do krainy Henhendaleko byłaby kilkuminutowym spacerkiem. Dla niej była to długa i niebezpieczna wyprawa. Wróżka zapakowała najpotrzebniejsze rzeczy: zapałkę, ziarenko dmuchanego ryżu i scyzoryk. Jak widzicie, przy wielu czynnościach potrafiła sobie poradzić bez rączek. Zazwyczaj pomagali jej też przyjaciele, ale teraz wszystko robiła w tajemnicy, więc musiała sobie radzić sama. Nikomu nie powiedziała o tym, co planuje.

Wyobraźcie sobie małą wróżkę, jak skacze przez kępy traw z węzełkiem na plecach. Pierwszy raz była sama tak daleko od domu, ale w ogóle się nie bała. No, może troszeczkę. Na uprzejme "Dzień dobry" chrabąszczy i mrówek odpowiadała tajemniczym uśmiechem. Z czasem krajobraz się zmienił. Zniknęły rzadkie, przedwiosenne trawy, a pojawiły się betonowe płyty chodnika. Nie można już było tu spotkać świerszczy, mrówek ani żuków. Okropny hałas robiły buty przechodniów tupiące wokół niej. Niektóre uśmiechały się do niej zza sznurowadeł, inne zaś pokazywały jej język. Wszystko było takie duże, ale wróżka czuła się dobrze. "Zupełnie tu inaczej, niż w naszej krainie. Będę musiała wszystko opowiedzieć Florze i Hugonowi" – myślała.

Z rozmyślań wyrwało ją pojękiwanie betonowego ludka. Takie ludki żyją w szczelinach między płytami chodnika i rozwiązują ludziom sznurówki, ale w gruncie rzeczy są bardzo miłe. Nie lubią tylko, jak się im chodzi po głowie. Zdziwiona wróżka przyjrzała się ludkowi. Cały był oblepiony gumą do żucia. Nie zastanawiając się podsunęła mu swój węzełek i poradziła, aby oskrobał się z gumy zapałką. Ludek posłuchał jej rady. Już za chwilę, czyściutki, mógł w ramach podziękowania zaprosić ją na śniadanie. Zjedli małe, rosnące pod płytami chodnika rzodkiewki – wielki przysmak betonowych stworków.

Wróżka pomachała ludkowi na pożegnanie i wyruszyła w dalszą drogę, dźwigając w węzełku zapas rzodkiewek. Znalazła się na pustyni (powiemy ci na ucho, że była to piaskownica). Brnęła przez wydmy, po kolana w piasku. Nie było widać końca. Po pewnym czasie zobaczyła na horyzoncie dziwne kształty. Przez chwilę myślała, że to fatamorgana, czyli przywidzenie, które pojawia się na pustyni pod wpływem gorąca. Kiedy jednak podeszła bliżej, okazało się, że to najprawdziwsze babki z piasku. One jednak nie zauważyły małej podróżniczki, tak bardzo były pochłonięte kłótnią. Wróżka miała wrażenie, że lada moment rozpadną się ze złości, więc przerwała im. "O co się tak kłócicie?" - zapytała. Okazało się, że jedna z babek stoi na słońcu, co nie podobało się drugiej babce, stojącej w cieniu. Obie były bardzo młodziutkie (pewien chłopczyk ulepił je godzinę temu) i nie wiedziały, że za chwilę cień się przesunie. Wróżka Bez Paluszka o mało nie pękła ze śmiechu. Wytłumaczyła babkom właściwości cienia. I rzeczywiście, słońce powoli zaczęło oświetlać również drugą babkę. "Jaka ty jesteś mądra!" - zakrzyknęły zgodnym chórem niedawne rywalki. Mała wróżka nie miała jednak czasu na słuchanie komplementów. Ruszyła dalej.

Opuściła pustynię. Znowu było zielono, znowu otaczały ją trawy i zarośla. Zrobiło jej się wesoło, bo okolica przypominała jej rodzinne strony. Jednak pod którymś z kolei krzakiem usłyszała chlipanie. Zaciekawiona, podeszła i ujrzała ślimaka, a raczej Panią Ślimakową, zalaną łzami. Wróżka, chociaż nie była większa od herbatnika, miała olbrzymie serce i bardzo nie lubiła, kiedy komuś było smutno. Zaczęła pocieszać Panią Ślimakową, a ta podzieliła się z nią swoim zmartwieniem. Jej córeczka, śliczna Ślimasia, wychodziła właśnie za mąż za przystojnego winniczka. Przez cały miesiąc gromadzili frykasy na weselną ucztę. Niestety! Kiedy dziś rano przyszli do spiżarni, okazało się, że zapasy padły ofiarą turkucia podjadka. "Co teraz podam na stół?! Lada moment przypełzną goście!" - rozpaczała Pani Ślimakowa. Mała wróżka bez słowa wskazała na swój węzełek. Wspólnie wyjęły z niego kilka rzodkiewek i ziarenko ryżu. "Nie za dużo tego" – stwierdziła wróżka. "Ale mam na to sposób. Skoro w szkole uczyliśmy się, jak rozmnożyć cukierki, to może uda się też z rzodkiewkami." Po chwili rzodkiewek i dmuchanego ryżu było tyle, że wystarczyłoby go na obiad dla batalionu wojska. Pani Ślimakowa z wdzięczności zaprosiła dziewczynkę na uroczystość. Zmierzchało już, więc mała z ochotą przystała na tę propozycję. Na wesele ściągnęły ślimaki z całej okolicy. Skakały przez ognisko, grały na bandżoli i nawzajem podziwiały swoje muszle. Wróżka, zmęczona wrażeniami z całego dnia, zasnęła słodko w cieple płomieni.

Rano obudziło ją chrapanie ślimaków. Przez chwilę wahała się, czy ich nie obudzić celem pożegnania się, ale ostatecznie wymknęła się cichutko. Śpieszyła się przecież do Lukrecji! Po kilku godzinach marszu dostrzegła wreszcie opuszczone gniazdo sroki, w którym, według opowieści mieszkała jej idolka. Już z daleka błyskało klejnotami i kolorowymi wstążkami, z których było uwite. Dziewczynka zawahała się. Nareszcie miała poznać tę wspaniałą Lukrecję! Popatrzyła na swoje zabłocone buciki. Czy była godna, aby stanąć przed jej obliczem? A może jednak zawrócić? Przypomniała sobie jednak o dziadku. To dla niego przebyła całą tę drogę. Nie może teraz się poddać i stchórzyć. Postawiła stopę na linowej drabince prowadzącej do gniazda, i zaczęła ostrożnie wchodzić na górę.

Kiedy weszła do środka, do jej uszu dotarło głośne mlaskanie. Wnętrze gniazda było pełne bibelotów, świecidełek i makatek. Jeszcze nigdy nie widziała takiego bałaganu. Dopiero po chwili dostrzegła krępą figurę, usadowioną za rzeźbionym stołem. Grubiutka rudowłosa pani, do tej pory zajadająca komara z rożna, teraz też ją zauważyła i zastygła w bezruchu.

  • Co cię tu sprowadza, drogie dziecko? - spytała miło.

Mała wróżka zająknęła się zrazu, lecz w końcu, ośmielona uśmiechem tajemniczej pani, wykrztusiła z siebie:

  • Chciałabym poznać wróżkę Lukrecję. Kiedy można ją zastać?
  • A kim jesteś, kochanie? Jak się nazywasz? - zapytała nieznajoma tym samym, uprzejmym głosem.
  • Jestem Wróżka Bez Paluszka, no i właśnie dlatego... - zaczęła tłumaczyć nasza bohaterka.
  • Dziwne imię – przerwała jej rudowłosa. – na pewno nie nazywasz się Liliana albo Flaminia, tak jak inne wróżki?
  • No bo ja nie mam rąk... To dlatego. A zresztą dlaczego chce to pani wiedzieć? Spieszę się do wróżki Lukrecji. Mam do niej ważną sprawę.
  • Hola hola, nie tak prędko! Nazywają cię tak dlatego, że nie masz rąk? Tak więc jeśli ja nie mam wąsów, to powinni mnie nazywać Wróżka Bez Wąsów? To jakiś absurd.
  • A jak się pani właściwie nazywa?

Mieszkanka gniazda uśmiechnęła się zagadkowo.

  • W szkole nazywali mnie Serdelek, bo byłam mała i grubiutka. Ale do głowy by mi nie przyszło, żeby sama się tak nazywać. Jestem Lukrecja.
  • Ojej, przepraszam – stropiła się dziewczynka. – Nie poznałam pani. Na plakatach wygląda pani zupełnie inaczej...

Lukrecja odparła z godnością:

  • Nie jestem na plakatach ze względu na swoją urodę, ale na dokonania. A skoro wiesz już kim jestem, to może wyjaśnisz mi wreszcie, co cię do mnie sprowadza?

Mała wróżka opowiedziała Lukrecji wszystko po kolei. Powiedziała o swojej szkole, o chorobie dziadka i podróży pełnej przygód. Swoją historię zakończyła słowami:

  • ...i właśnie w tej sprawie przychodzę do pani. Gdybym miała rączkę, mogłabym przegonić deszcz i pomóc swojemu dziadkowi. Proszę, pomóż mi!

Lukrecja wysłuchała jej z uwagą. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się, co odpowiedzieć. Wreszcie rzekła:

  • Podziwiam twoją życzliwość i to, jak niosłaś pomoc innym. Teraz ja chciałabym ci pomóc. Muszę cię jednak zawieść. Nie jestem w stanie wyczarować ci rączek. Wiem jednak, że nawet bez nich będziesz wielką wróżką.
  • Ale jak to? - spytała zaskoczona dziewczynka.
  • Każdy z nas ma swoje ograniczenia, jednak ty je pokonujesz. Jesteś bardzo dzielną dziewczynką. Mało kto na twoim miejscu odważyłby się na taką wyprawę. Brak rączki nie przeszkadza ci pilnie uczyć się magii, ani pomagać innym. Wiem, że zrobisz dobry użytek ze swoich czarów. Znacznie więcej wart jest czarodziej o małych umiejętnościach, za to z wielkim sercem, niż potężny mag zapatrzony w siebie.

Słowa Lukrecji wywarły na małej wróżce ogromne wrażenie. Chciała jej zapytać jeszcze o wiele rzeczy, ale przypomniała sobie, że musi już wracać do domu. Rodzice muszą się przecież niepokoić, że tak długo jej nie ma! Lukrecja uściskała ją serdecznie, a kiedy mała była już na dole, zawołała:

  • A jak masz tak naprawdę na imię?!
  • Darmiła! - odkrzyknęła dziewczynka i ruszyła w drogę powrotną.

Jaka to była radość, kiedy mała wróżka wróciła do domu. Rodzice najpierw dali jej ostrą reprymendę, ale później przytulili, szczęśliwi, że ich córeczka jest znowu z nimi, cała i zdrowa. Doszły ich słuchy o dobrych uczynkach Darmiły. Byli z niej bardzo dumni. Inni mieszkańcy również słyszeli, czego dokonała, ale teraz chcieli relacji z pierwszej ręki. Mała wróżka była już jednak zmęczona długą podróżą. Obiecała, że opowie o wszystkim nazajutrz, ale teraz położy się spać w swojej łupince orzecha. Do snu utulał ją dziadek, który specjalnie przyjechał na wieść, że się odnalazła.

  • Miłeczko, a dlaczego właściwie poszłaś do Lukrecji? - spytał się dziadziuś.
  • Chciałam prosić ją o wyczarowanie ręki, żeby móc używać różdżki i przegonić zły deszczyk, który ci tak dokucza. Ale nie udało mi się. Tak mi przykro, że nie mogę ci pomóc.

Dziadek roześmiał się i machnął ręką:

  • Na co mi tam czary, które odganiają deszcz. Przecież jak ty się uśmiechasz, to wychodzi tęcza!

 

 

 

następna bajka: "Wspaniałe wakacje"