TRZY BAJKI


DZIECI POZNAJĄ ERYKA

 

         Nazywam się Eryk i mam 6 lat. We wrześniu pójdę do zerówki. Mam jasne włosy po mamie i brązowe oczy po tacie. Rodzice nazywają mnie swoim „szczęściem”, ale nie wiem co to oznacza. Może to jakaś inna wersja mojego imienia? Uwielbiam oglądać bajki, jeść landrynki i bawić się swoimi samochodami i klockami. Najbardziej lubię nosić dżinsy i pomarańczową bluzę z kapturem. Dostałem ją od babci na urodziny. Nie wiem skąd babcia wiedziała,  że spodoba mi się taki kolor. Sama ubiera się w same szare sukienki. Co mnie odróżnia troszeczkę od innych
dzieci to to, że urodziłem się bez prawej rączki. Nie przeszkadza mi to. Tatuś mówi, że jak się
ma dwie sprawne ręce łatwiej jest wykonywać
niektóre czynności, np. sznurować buty.
Ale mama znalazła rozwiązanie – kupuje mi zawsze buty na rzepy.                                             Moim najlepszym kolegą na podwórku jest Szymon. Też ma 6 lat i ma dużego psa wilczura – Gordona. Gordon jest taki silny, że czasami razem nie możemy go utrzymać na smyczy.

Szymon mówi, że bardzo szybko przestał zwracać uwagę, że mam tylko jedną rączkę. Raz mi nawet powiedział, że on nie potrafi tak daleko rzucać piłki obiema rękoma jak ja jedną. Szymon jest fajnym kolegą. Trochę mu zazdroszczę, że ma starszego brata bo może się z nim bawić w wojnę jak pada deszcz i nie można wyjść na dwór.
      Dzisiaj przespałem prawie całe popołudnie i obudziłem się dopiero wtedy, gdy tato wrócił z pracy. Przyszedł przybić ze mną „piątkę” na powitanie i cały czas uśmiechał się. Miał przy tym bardzo tajemniczą minę. Powiedział, że jak wstanę mam zajrzeć do swojego pokoju. Pobiegłem natychmiast i ostrożnie uchyliłem drzwi. Na środku pokoju stał nowy, czerwony rower na dwóch kółkach!
      Nie miałem nigdy roweru. Nie wiem skąd mama i tata wiedzieli, że marzę o nim. Skakałem z radości i szybko dałem im buziaczki. Tata obiecał, że jak zje obiad to pójdziemy na podwórko wypróbować prezent. Nie mogłem się doczekać. Ubrałem już nawet buty i kurtkę.

 

- Eryku – śmiał się tato patrząc jak nie mogę usiedzieć w miejscu – Przecież nie potrafisz jeszcze jeździć na rowerze.
Może wcale tego nie polubisz ?
- Ależ tato – odpowiedziałem oburzony- Popołudnie jest długie! Zdążę się nauczyć!
Lecz po chwili posmutniałem.
- Tatusiu, ale jak ja się nauczę jeździć, skoro kierownicę trzyma się obiema rękoma, a ja mam tylko jedną?
- Nauczysz się jeździć trzymając kierownicę jedną ręką. Założę się, że twoi koledzy jeszcze tego nie potrafią, a bardzo by chcieli.
        Po chwili byliśmy już na podwórku. Pod siodełkiem tata przywiązał kij, aby mnie trzymać. Początki były trudne. Kierownica była ciężka i bardzo mi przeszkadzało to, że ciągle się skręcała. Nie potrafiłem zakręcać i jechałem bardzo niepewnie. Chciało mi się płakać.
Wtedy tato wpadł na pomysł abyśmy poszli do parku, gdzie była długa, prosta alejka.
- Tutaj jest idealne miejsce do ćwiczeń. Nie ma żadnych krętych uliczek - powiedział tato i wytarł mi łzy z policzków – Nie poddawaj się mały.

Spojrzałem jeszcze raz na swój piękny nowy rower i cały smutek uleciał w dal.
Pedałowałem ile sił w nogach i jedną ręką trzymałem kierownicę. Alejka była tak długa, że nie widziałem jej końca. Nagle usłyszałem z daleka głos taty:
- Pedałuj, pedałuj Eryku! Nie przestawaj ani na chwile.
- Ojej! - wykrzyknąłem – Ja jadę już sam!Hurrraaa !
I w tym momencie przewróciłem się. Na kolanie pojawił się duży siniak, ale zacisnąłem zęby aby nie płakać.
- Przestałeś kręcić pedałami Eryku. Stąd ten upadek, ale i tak poradziłeś sobie wspaniale.
Tata był dobrym i cierpliwym nauczycielem. Pocałował mnie w czoło i z powrotem posadził na rowerze.
- Tato ja naprawdę sam jechałem? -dopytywałem się.
- Zupełnie sam i do tego trzymałeś kierownicę jedna rączką. Zuch chłopak.
Pękałem z dumy.
Kiedy wracaliśmy do domu jechałem na rowerze już bez pomocy taty i pamiętałem, aby cały czas pedałować. Na podwórku bawili się koledzy, a wśród nich był Szymon. Pękałem z dumy, gdy ze zdziwienia przetarł oczy.
- Patrzcie! -zawołał Szymon - Eryk umie jeździć prawie bez trzymanki!
Zsiadanie z roweru nie poszło mi najlepiej, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy koledzy oglądali mój nowy rower i pytali się czy ich też nauczę jeździć trzymając kierownicę jedną ręką. To byli fajni koledzy.
    W domu mama opatrzyła zbite kolano i dała mi się napić soku malinowego. Mama zawsze wiedziała na co mam ochotę. A na dobranoc powiedziała mi coś bardzo mądrego:
- Jak sam widzisz synku jeśli bardzo czegoś chcesz to brak rączki nie jest przeszkodą.
- Mamusiu, a jeśli bym się urodził bez dwóch rączek to mógłbym jeździć na rowerze ?
Mama zastanowiła się.
- Mógłbyś jeździć na monocyklu, a jeśli by się to Tobie nie spodobało to jeździłbyś na deskorolce.
- Mamo, a co to jest monocykl ?
- Monocykl to rower z jednym kołem bez kierownicy.
- Ojej, mamo! Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Narysujesz mi jutro? - zapytałem sennym głosem.
- Narysuje. Teraz śpij synku. Dobranoc.
-Dobranoc mamusiu.

 

 

ERYK IDZIE DO PRZEDZKOLA

      Dziś po raz pierwszy idę do przedszkola. Z tego wszystkiego nie mogłem spać i wstałem bardzo wcześnie. Wcześniej nawet niż tata, który chodzi do pracy. Sprawdziłem, czy na pewno mam zapakowane kapcie w nowy plecak ze Spidermanem i poszedłem do mamy. Mama była w kuchni i piła herbatę. Podszedłem do niej i się przytuliłem do jej miękkiego szlafroczka.
- Mamusiu, a jeśli dzieci będą się śmiać, że nie mam rączki? - zapytałem smutny.
- Eryczku, najlepiej by było abyś opowiedział dzieciom, że taki się urodziłeś. Później koleżanki i koledzy sami zobaczą, że w niczym Tobie to nie przeszkadza. Możesz nawet pokazać dzieciom jak wygląda Twoja rączka.
- Boimy się tylko tego co jest nieznane - dodał filozoficznie tato, który pojawił się niespodziewanie w drzwiach.
Tata miał racje. Dawno temu, gdy zostawałem wieczorem sam w pokoju bałem się firanki, która wyglądała niczym potwór. Później tato pokazał mi, że to jedynie kawałek materiału oświetlony latarnią z ulicy.
I nieznany firankowy potwór zniknął.
-Mamusiu, przedstawię się dzieciom. To jest dobry pomysł - odpowiedziałem po namyśle. I już za chwilę biegłem uradowany do przedszkola.
      Jednak kiedy wszystkie dzieci z grupy były już razem i pani przedszkolanka poprosiła mnie na środek pokoju, odwaga mnie opuściła. Tyle nieznanych twarzy. Nie wiedziałem jak zacząć. Co zrobię jak dzieci mnie nie zrozumieją? Jednak pani przedszkolanka przyszła mi z pomocą.
Usiadła obok mnie na dywanie i powiedziała:
- Kochane dzieci, Eryczek chciałby Wam opowiedzieć o sobie. Posłuchajmy razem jego historii.
Uśmiechnęła się do mnie. Pani była bardzo miła i nie mogłem jej zawieść chociaż chciało mi się płakać.
- Cześć - zacząłem nieśmiało. Dzieci odpowiedziały mi chętnie - Jestem Eryk i troszeczkę różnię się od was... bo urodziłem się bez rączki. To mi w niczym nie przeszkadza. Kilka dni temu nauczyłem się nawet jeździć na rowerze.
- Umiesz trzymać kierownicę jedną ręką?! - zapytał mały piegowaty chłopczyk.
-Tak - odpowiedziałem
-Łaaaaał... - odpowiedzieli chłopcy chórem.
Dodało mi to otuchy.
- Jeśli chcecie pokażę wam jak wygląda moja rączka a właściwie jej brak.
Dzieci stanęły w kółeczku, a ja podciągnąłem rękaw tak, żeby dzieci mogły zobaczyć. Przyznam, że patrzyły z zainteresowaniem.
Niektóre zadawały pytania jak sobie radzę z ubieraniem albo używaniem noża i widelca. Piotruś wpadł nawet na genialny pomysł.

  • Chłopaki! - wykrzyknął. Jak będziemy robić wyspę piratów, Eryk będzie naszym prawdziwym jednorękim kapitanem!
  • Hurrra! -zawołali chłopcy.

Szykowała się wspaniała zabawa. Jak wrócę do domu to poproszę mamę, aby uszyła mi przepaskę na oko. Będę prawdziwym piratem.
       Po obiedzie pani kazała ustawić nam się w
pary bo mieliśmy wyjść na podwórko. Powstało małe zamieszanie. Wszyscy biegali i wołali siebie
nawzajem. Stałem grzecznie, kiedy podeszła do mnie najładniejsza dziewczynka z przedszkola.
Zwróciłem na nią uwagę już wcześniej, ale nie śniło mi się nawet, że ona odwdzięczy mi się tym samym.
- Nazywam się Karolinka – uśmiechnęła się miło. Mogę stać z tobą w parze?
Zgodziłem się bez wahania. To będzie nasza piracka księżniczka.


KUDŁACI PRZYJACIELE

      Zbliżała się zima i nasze przedszkole zorganizowało zbiórkę koców, misek i karmy dla schroniska dla zwierząt z naszego miasta. Przez kilka dni robiliśmy wspólnie różne ozdoby choinkowe, które następnie miały być sprzedane na festynie w markecie. Za wszystkie uzbierane pieniążki mieliśmy kupić potrzebne rzeczy, aby zwierzakom łatwiej było przetrwać mrozy.
      Zanim przystąpiliśmy do działania wspólnie z wychowawczyniami przygotowaliśmy plan działania. Każdy z nas był odpowiedzialny za pewien fragment przygotowania ozdoby. Później zamienialiśmy się rolami. Panie przedszkolanki podzieliły nas na trzy grupy. Na początku moim zadaniem było posypywanie brokatem sklejonych, papierowych ozdób, które przekazywał mi Piotruś. To było proste. Gorzej było z wycinaniem kształtów nożyczkami. Z początku szło mi to wolno ponieważ papier co chwilę zmieniał położenie. Z pomocą przyszła Karolinka, która trzymała mi wycinankę a ja mogłem władać nożyczkami niczym mieczem.

Fajna była nasz grupa. Tego dnia zrobiliśmy wspólnie naprawdę dużo pięknych ozdób.
Ku naszej radości wszystkie dekoracje zostały kupione a my dzięki temu mogliśmy sprawić pieskom i kotkom potrzebne im rzeczy.
W nagrodę panie przedszkolanki zabrały nas na wycieczkę do schroniska dla zwierząt, abyśmy mogli osobiście wręczyć podarunki. Jechaliśmy aż dwoma autobusami na drugi koniec miasta.  Schronisko było duże i widoczne z daleka. Pieski zaczęły głośno szczekać jak zobaczyły całą naszą grupę i przyznam, że były głośniejsze niż my. Przewodnikiem był bardzo miły pan ubrany w wysokie kalosze i zielone ogrodniczki. Wyjaśnił nam, że pieski tak się zachowują ponieważ czują mnóstwo nieznanych im zapachów i za chwilę powinny się uspokoić. Faktycznie, kiedy przeszliśmy obok klatek zwierzaczki uspokoiły się. Pan przewodnik musiał być bardzo mądry skoro rozumiał psy. Mieliśmy pomóc w opiece nad szczeniaczkami, ale tylko nad takimi, które były zaszczepione. Te nie szczepione nie mogły

 

wychodzić na dwór, gdyż mogłyby zachorować.
Pan przewodnik zaprowadził nas do boksu, gdzie  mieszkały same malutkie pieski. Wszyscy aż klasnęliśmy z radości. Szczeniaczki tłoczyły się przy siatkowych drzwiach, bo chciały być pogłaskane i wzięte na ręce. Każdy był inny, ale wszystkie równie cudowne. Jedne były kudłate, inne miały krótkie gładkie futerko albo w łatki lub plamki. Ustawiliśmy się w kolejce, a pan przewodnik dawał każdemu dziecku szczeniaczka na ręce. Nagle Piotrek krzyknął:

  • Eryk! Spójrz na tego pieska! On nie ma łapki, ale największa z niego rozrabiaka.

Piotrek miał rację. Jeden ze szczeniaczków faktycznie nie miał przedniej łapki.
Piesek od razu stał mi się bliski. Jak przyszła moja kolej poprosiłem pana przewodnika, aby wybrał dla mnie tego pieska. Był taki mały, że dałem radę trzymać go jedną ręką. Szczeniaczek zaczął mnie lizać po twarzy a dzieci zanosiły się od śmiechu. Na koniec piesek zaszczekał radośni cieniutkim głosem, zachęcając do zabawy.

 

Zapytałem pana przewodnika co się stało z łapką
zwierzaczka.
- Nie znamy historii tego malca. Możemy się jedynie domyślać, że miał jakiś wypadek. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i brak łapki mu w niczym nie przeszkadza.
- A ty masz pieska? - zapytał po chwili pan przewodnik.
- Niestety nie - odpowiedziałem. Wiedziałem jednak, że zrobię wszystko by rodzice zgodzili się zaadoptować mojego kudłatego przyjaciela.
       Psiaki przenosiliśmy do specjalnej zagrody ustawionej na trawie. Hasały tam radośnie. Mogliśmy rzucać im zabawki i podawać specjalne smakołyki przygotowane przez pracowników schroniska.
W czasie, kiedy zabawialiśmy maluchy, wolontariusze czyścili kojce w budynku i ustawiali nowe legowiska. Cała nasza grupa współpracowała i nie było mowy o wyrywaniu sobie piesków, przepychankach i kłótniach. To był naprawdę wyjątkowy dzień i z żalem wracaliśmy do domów.

Podczas kolacji opowiedziałem mamie i tacie o schronisku a szczególnie o piesku bez łapki.
- Moglibyśmy go przygarnąć? – zapytałem nieśmiało.
Ku mojej radości rodzice zgodzili się natychmiast. Ustaliliśmy, że odbierzemy szczeniaczka jutro i zakupimy potrzebne dla niego rzeczy. Tak bardzo się cieszyłem. Będę mógł chodzić razem z Szymonem i Gordonem na spacery i zyskam nowego przyjaciela, który choć malutki i kudłaty tak bardzo jest podobny do mnie.
   
       

następna bajka: "Uczniowie Pani Sowy"