Sen Marka

Marek wprowadził się tutaj w połowie grudnia. Mama chłopca marzyła o świętach Bożego Narodzenia w świeżo wyremontowanym, własnym kącie. Chłopiec nie miał innego wyjścia, jak pożegnać się z kolegami oraz nauczycielami i przenieść się do nowej dzielnicy. Rodzice nie chcąc dowozić syna przez całe miasto, zapisali go do nowej szkoły.
Marek obawiał się zmian, a do tego tęsknił za dawną klasą, zwłaszcza za Jarkiem i Olkiem – najlepszymi kumplami od czasów przedszkola. Obiecali sobie wprawdzie, że będą się spotykać w weekendy, ale to już nie to samo, co granie w piłkę po lekcjach czy wspólne wygłupy w świetlicy. Marek czuł, że czeka go coś nowego, nie bardzo wiedział, czego się spodziewać. Pojutrze miał zacząć naukę w nowej szkole.

Zanim zasnął, usłyszał prośbę mamy, aby zapamiętał swój sen. Podobno rzeczy wyśnione pierwszej nocy w nowym miejscu spełniają się prawie w każdym przypadku.  Marek wsłuchał się w ciszę wieczoru i ze zmęczenia szybko usnął.

Śniła mu się zbiórka kolegów z poprzedniej klasy, pod blokiem Olka. Chłopcy umówili się na wycieczkę rowerową. Musieli poczekać jeszcze na Janka, który najczęściej robił wszystko na ostatnią chwilę i tak też było tym razem. Marek miał szansę wykorzystać nowy rower, który dostał od wujka Leszka. Był najpiękniejszym rowerem, jaki miał do tej pory, z dużymi kołami i błyszczącą ramą. Rower marzenie. Olek zarządził plan wyprawy i chłopcy ruszyli. Marek poczuł się wspaniale. Jechał swobodnie, a jednocześnie szybko. Gdy urządzali sobie z kolegami krótkie wyścigi, dość często był pierwszy lub ostatecznie drugi. Poczuł, co znaczy mieć dobry rower i być super sprawnym.
Ktoś głośniej trzasnął drzwiami na klatce schodowej i sen się skończył... „Szkoda, mieliśmy przecież jeszcze „jechać” na lody” westchnął Marek.

Chłopiec usiadł na brzegu łóżka i wspominał niedawny sen. Świetnie byłoby mieć taki rower, a jeszcze piękniej byłoby móc wygrywać wyścigi z kolegami. „Przecież nigdy mi się to nie uda, nie z taką ręką”. 

Do tej pory jeszcze nie opowiedziałam, że Marek miał 10 lat, był średniego wzrostu. Zapuszczał blond włosy. Na nosie i policzkach miał dość dużo piegów. Właściwie zwykły chłopiec, taki jakiego można spotkać w szkole czy na podwórku. Było jednak coś, przez co Marek był łatwo rozpoznawany – jego prawa ręka kończyła się na wysokości łokcia. Taki się urodził.
-----------

Po porannej toalecie Marek sięgnął po protezę, która leżała na stole. Obejrzał ją i kolejny raz poczuł, że czuje niechęć, gdy musi założyć „rękę” z gumy. Tym bardziej, że guma była ciemniejsza od jego skóry, a po protezie było już widać, że jest podniszczona. Czasem myślał, że może lepiej jej nie zakładać, niż mieć coś takiego...

„Ja tego jutro nie założę” fuknął do mamy, gdy spotkali się w kuchni. „Ona jest okropna i dzieci będą się ze mnie śmiać”. I zaczął płakać... Mama przytuliła Marka i na razie bez słów próbowała zatrzymać smutek. Po kilku minutach zaczęła tłumaczyć Markowi, że proteza miała być na próbę, miała pomóc chłopcu wykonywać niektóre czynności i przecież chciał być „taki sam” jak inni, więc była to próba zbliżenia się wyglądem do kolegów. Umowa Marka z rodzicami zakładała, że w każdej chwili chłopiec może zrezygnować z noszenia protezy. „Kochanie, jutro, zanim pierwszy raz wejdziesz do klasy, możesz sam zdecydować, czy włożysz protezę, czy nie. Będziemy z tobą, cokolwiek wybierzesz”. Na koniec pocałowała go w prawe ramię i dodała „Kocham twoją rękę, pamiętaj o tym”.

Marek wrócił do pokoju. To był ostatni dzień „wolności”, dawni koledzy byli tego dnia w szkole, a on właśnie teraz tak mocno za nimi tęsknił. Postanowił, że musi się z nimi spotkać i porozmawiać, zanim trafi do nowej „budy”.
„Jak dobrze, że mama jest dziś w domu, może wspólnie coś wymyślimy. Wprawdzie chciała wykorzystać kilka dni urlopu na rozpakowanie naszych bagaży z poprzedniego mieszkania, ale czy jest coś ważniejszego od spotkania z Olkiem i Jarkiem?” - pomyślał chłopiec i poszedł do kuchni, gdzie nadal krzątała się mama.

„Mamuś, no proszę. Po powrocie pomogę ci i razem rozpakujemy wszystko, zobaczysz”. Mama kręciła jeszcze trochę nosem, ale w końcu zgodziła się i za pół godziny jechali już do dawnej szkoły Marka.

Chłopiec miał 2 godziny, zanim mama nie wróci z zakupów. Czekał na koniec 6 lekcji i niedługo przed szkołą zobaczył Jarka dyskutującego zawzięcie z Olkiem, a za nimi szła cała ekipa.

Podbiegł do nich, ile miał sił w nogach. Koledzy przywitali go z radością, przybili „piątki” z Markiem, nie zwracając zupełnie uwagi, że dotykają protezy. Dla nich nie miało to żadnego znaczenia, znali Marka od dawna i przyzwyczaili się już do jego „innej” ręki.

„No i jak się czujesz przed debiutem w nowej budzie?” pytał z ciekawością Janek, a Olek jak to Olek, co chwila się wygłupiał i szturchał Marka w bok. „Jak dobrze być na starych śmieciach” pomyślał Marek. I ponownie mina mu zrzedła na myśl o tym, że idzie jutro do szkoły i że ta ręka.. i że proteza.. i jak klasa go przyjmie... o tym, że znowu będą się patrzeć i dziwić. Oby jeszcze ktoś spytał, a nie tylko się patrzył, bo to jest najgorsze. Marek najbardziej bał się ciekawskiej ciszy.

Gdy zostali tylko w trójkę z Olkiem i Jarkiem, Markowi poleciało kilka łez. Czuł się przy przyjaciołach bezpiecznie i chciał się im wyżalić, a jednocześnie poradzić. Był zagubiony, nie wiedział, czy założyć jutro protezę. 

Olek powiedział: „Stary, ja bym się nie martwił tak bardzo i poszedł jakby nigdy nic. W końcu nie od razu poznają, że to proteza, prawda? To pewnie normalna klasa, taka jak nasza – ani lepsza, ani gorsza. Poznasz bliżej kilka osób, opowiesz o tym, że urodziłeś się bez ręki i sprawa będzie załatwiona, zobaczysz”.
Jarek dodał: „a gdy jeszcze zobaczą, jak świetnie grasz w piłkę, od razu zyskasz ich uznanie. Wierzymy w ciebie, nie załamuj się”.

Chłopcy dyskutowali jeszcze trochę, do czasu gdy Marek nie usłyszał wołania mamy, która przyjechała go już odebrać. Pożegnał się z kolegami, obiecał, że jutro będzie się trzymał i wrócił do domu.

Tej nocy spał bardzo niespokojnie. Obudził się już przed 6 i znowu miał ochotę płakać. Przypomniał sobie jednak słowa chłopców i dzięki nim zaczął powtarzać: „Dam sobie radę, dam sobie radę”.
W radio puszczono piosenkę jak specjalnie dla niego:
‘Zdobyć świata szczyt
albo przeżyć jeden dzień.
Zapamiętać sny i zrozumieć jeden z nich.
Ten jeden najważniejszy wielki sen.
Ten jeden opowiedzieć im.”

Wyszedł z domu na tyle wcześnie, że w szatni nowej szkoły zjawił się już o 7.35. Wszedł niepewnie do pustej jeszcze klasy i usiadł w jednej z ostatnich ławek. Pomyślał, że przecież dołącza do grupy, więc musi się najpierw zorientować, gdzie może usiąść, jakie są klasowe zwyczaje itd. Nagle pomyślał „Nie, nie mogę od pierwszego dnia być ostatnim i czekać na rozwój sytuacji. Usiądę bliżej, a najwyżej ktoś wyjaśni mi, że zająłem jego miejsce”. Tak też zrobił.

Zbliżała się godzina ósma i klasa zapełniała się uczniami. Wyglądali zupełnie zwyczajnie, niektórzy całkiem sympatycznie. Nikt jednak nie witał się z Markiem, a trema powodowała, że on sam też nie miał odwagi pierwszy się odezwać.

Na ratunek pospieszyła nauczycielka języka polskiego, która weszła do klasy z wychowawczynią (Marek poznał ją kilka dni wcześniej w czasie wizyty w szkole z rodzicami).
Pani Ela (wychowawczyni) przedstawiła Marka klasie i poprosiła, aby pomóc mu się tutaj dobrze poczuć. Poprosiła Basię, która również siedziała sama w ławce w innym rzędzie, aby usiadła z Markiem. „Już lepiej z dziewczyną niż całkiem samemu” pomyślał Marek. „I jak dobrze, że wychowawczyni nie mówiła na razie nic o ręce. Byłoby za dużo „atrakcji” na raz.”  Basia wyglądała na całkiem miłą, Markowi wydawało się nawet, że widział w kącikach jej ust miły uśmiech, gdy siadała obok.

„Mam nadzieję, że nie widzą protezy” – to była główna myśl, jaka wracała do Marka. Chciał wtopić się w tłum i nie być obiektem spojrzeń. 

Na ostatniej lekcji chłopcy mieli zajęcia wychowania fizycznego. Marek był pewien, że teraz już nie da się ukryć „innej” ręki i nie mylił się. Był jednak bardzo wdzięczny nauczycielowi wf, który krótko wyjaśnił chłopcom, że Marek może tak samo jak oni brać udział w lekcjach wf i prosił, aby klasa nie traktowała go jakoś specjalnie ulgowo. Marek sam wiedział, że nie potrafi wykonać niektórych ćwiczeń, ale miał nadzieję, że z rozsądnym podejściem nauczyciela da sobie radę.
Chłopcy przyjęli wiadomość o ręce zupełnie zwyczajnie. Fakt, patrzyli się na rękę, ale było to normalne, w końcu to nie jest typowe, aby czyjaś ręka kończyła się w okolicach łokcia. Marek starał się rozumieć ich reakcję i przeczekać pierwsze zdziwienie. Miał nadzieję, że potrwa to krótko, a potem będzie ich kumplem. Po prostu.

Na dzisiejszych zajęciach trenowano koszykówkę, a na końcu lekcji miał się odbyć 15-minutowy mecz. Marek był bardzo zadowolony, gdy któryś z chłopców rzucił do niego pierwszą piłkę. Od tej chwili czuł się właściwie normalnie na boisku, a gdy po udanym dwutakcie rzucił piłkę do kosza, był bardzo szczęśliwy. „Dobry rzut, stary. Następnym razem musisz być w naszej drużynie” usłyszał od Olafa, nowego kolegi.

*
To był trudny dzień, z emocji Marka bolała nawet trochę głowa. Ale okazało się też, że właściwie nic złego się nie stało. Basia okazała się dobrą koleżanką, podała Markowi od razu numer telefonu do siebie i zaproponowała, aby dzwonił, gdy będzie chciał o coś spytać. Marek poznał już imiona kilku nowych uczniów, dowiedział się też, że jeden z chłopców, obecnie jest na zwolnieniu lekarskim, ponieważ czeka go poważna operacja kolana i nie wiadomo, czy nie będzie musiał do wakacji uczyć się w domu.  Nauczyciele też wyglądali na zupełnie w porządku. Pomyślał, że faktycznie „strach ma wielkie oczy” i czuł ulgę, że pierwszy dzień ma za sobą.

*
Po miesiącu nauki w nowej szkole Marek był bardzo zadowolony. Nadal spotykał się z Olkiem i Jarkiem, ale miał też nowych kolegów. Zaprosił ich którejś soboty na boisko, aby pograli w piłkę. Przyszli prawie wszyscy. „To dobry znak” pomyślał Marek. 3 godziny ganiania za piłką minęły nie wiadomo kiedy.
W poniedziałek po weekendzie na jego ławce szkolnej leżała tajemnicza koperta. Marek był bardzo ciekawy, co w niej znajdzie, dlatego szybko rozerwał kopertę, aby nie czekać w niepewności.

„Marku, zapraszamy Cię na wycieczkę rowerową. Olaf mówił, że chyba nie masz sprawnego roweru, więc pożyczy Ci go brat cioteczny Roberta. Wszystko jest uzgodnione.
Będziemy na Ciebie czekać w sobotę, o 9.00 pod blokiem Olafa. Dołącz do naszej rowerowej ekipy, będzie super – zobaczysz”. Pod zaproszeniem nikt się nie podpisał.

Marek czuł, jak ogarnia go radość i wzruszenie. Uśmiechnął się i spojrzał po klasie. Niby nikt nie widział momentu czytania zaproszenia, ale dostrzegł spojrzenie Olafa rzucone niby ukradkiem. I jego szczery uśmiech Był bardzo szczęśliwy.... Opłacało się nie zamykać w sobie. „Proteza nie ma dla nich żadnego znaczenia, jestem dla nich taki sam jak inni”.

Wieczorem, gdy z radością opowiadał o wszystkim rodzicom, pomyślał, że może faktycznie mama miała rację i sny wyśnione w nowym miejscu sprawdzają się bez zarzutu?

A jak Wy myślicie, czy dla Marka w tej chwili najważniejsze było wygranie sobotniego wyścigu? A może on już wygrał i wcale nie chodziło tylko o wyścig? Trzymajmy za Marka mocno kciuki.