Salij – człowiek z kamiennymi rękami

Sto lat temu, albo i dawniej, na północy, a może na południu, za górami, albo za lasami, żyło sobie małżeństwo – Olena i Amenas. Byli bardzo dobrymi ludźmi, kochali łąki, lasy, chmury, szanowali drzewa, zwierzęta i ptaki, a one odwdzięczały się im tym samym. Nawet Słońce lubiło zaglądać do ich zagrody i z żalem opuszczało gościnną parę poganiane przez Księżyc.
Olena i Amenas byli szczęśliwi, ale na tym szczęściu od czasu do czasu kładł się cień smutku. Małżonkowie nie marzyli o bogactwie, workach złota i pieniędzy, służbie i poddanych. Wystarczało im ich proste życie. Jednego, czego im brakowało, to dziecka. Mówili, że dom bez dziecka jest smutny jak las bez skowronków. Wyczekiwali maleństwa długimi latami. Mieli dla niego kołyskę, którą Amenas wyciosał z najdorodniejszego dębu, mieli pieluchy uszyte z płótna i tkane miłością, mieli najpiękniejsze zabawki i całe pokłady czułości czekające w ich stęsknionych duszach. Niestety, dziecko nie chciało przyjść.
Pewnego dnia w gościnne progi małżonków zawitała dziwna nieznajoma, której nikt nigdy nie widział w tej okolicy. Była chyba stara jak świat. Jej włosy były bielsze niż śnieg, płatki rumianków i pióra gołębi, a oczy bardziej niebieskie niż ocean i łąka pełna niezapominajek. Twarz miała usianą tysiącem zmarszczek, które wyglądały jak tajemne drogi wyryte w skórze przez życie, uśmiech i łzy.
- Czy dacie nocleg strudzonej kobiecie? – zapytała. - Nie będę dla was ciężarem. Wczesnym rankiem wyruszę w dalszą podróż jak tylko nabiorę sił.
Olena i Amenas z radością zaprosili babuleńkę do swej chatki. Ugościli ją pyszną kolacją, nie skąpili wędrowczyni jadła, a nawet odstąpili swe łóżko, by mogła odpocząć przed dalszą drogą. 
Skoro świt babuleńka wstała, wzięła kostur w rękę, zarzuciła tobołek na plecy, ale nim opuściła dom małżonków, rzekła:
- Poznałam wasze smutki i wiem, dlaczego usychają wasze serca. Jestem Piastunką Świata, do mnie rodzice kierują swe modły o potomstwo. Nie myślcie, że pozostałam głucha na wasze prośby. Wręcz przeciwnie, jesteście mi szczególnie drodzy, tak jak dziecko, które do was trafi. Długo szukałam dla niego odpowiedniego domu, bo to dziecko niezwykłe. Odwiedzałam chłopskie chatki i królewskie pałace. Byłam w państwach pachnących cynamonem i w krainach, w których hula słony morski wiatr. Ślady moich stóp można znaleźć na pustyni, ale i w śniegu. Przemierzyłam tysiące kilometrów i wędrowałam setki dni. Teraz wiem, że u was będzie mu najlepiej. Nim ponownie zakwitnie wiśnia w waszym sadzie, będziecie rodzicami.
Nim sens słów wypowiedzianych przez staruszkę dotarł do oszołomionej pary, nieznajomej już nie było.
I stało się tak, jak mówiła starowinka. Nim ponownie zakwitła wiśnia w sadzie, Olena i Amenas zostali rodzicami. Ich synek, któremu dali na imię Salij, był bardzo pięknym dzieckiem. Szybko rósł, stale się uśmiechał i bez ustanku wierzgał nóżkami. Ale rodzice z niepokojem spostrzegli, że rączki ich synka są „inne”. Zamiast rozwijać się jak motyle skrzydła i tańczyć w powietrzu, były zaciśnięte niczym kamienne piąstki. Małżonkowie wpadli w rozpacz. Salij rósł, a jego ręce pozostały nieruchome jakby je ktoś zaczarował. Ubolewali, że ich synek nigdy nie dotknie i nie zapamięta kształtu świata. Nie poczuje jak szorstki jest oset, nie pozna chropowatości dębowej kory, nie zanurzy rąk w miękkim owczym runie i nie pogłaszcze mamy po gładkich policzkach. Żałowali, że nie będzie mógł strugać drewnianych fujarek, strzelać z łuku jak inni chłopcy, pleść skórzanych powrozów, nie pójdzie łowić ryb ani nie nauczy się jeździć konno.
I tu z pomocą małżonkom znów przyszła Piastunka Świata. Przyśniła się Olenie i powiedziała: - Nie rozpaczajcie. Uprzedzałam was, że dziecko będzie niezwykłe i takie jak w waszych marzeniach. Kochajcie Salija takim, jaki jest, a zdarzy się cud. Najlepszym lekarstwem jest miłość, a najlepszą receptę napiszą wasze serca.
Olena i Amenas czekali więc na obiecany cud. I zdarzył się szybciej niż się spodziewali. Pokochali „inne” rączki ich synka tak bardzo jak kochali jego samego aż do tego stopnia, że zapomnieli o ich inności. Już nie starali się skruszyć kamieni, w których uwięzione były dłonie Salija. A ten otoczony rodzicielską miłością uczył się z nimi żyć. Nie była to nauka łatwa i przyjemna. Często kończyła się bólem, łzami i zwątpieniem. Ale Salij przekonał się, że najtrudniejsze lekcje są najcenniejszym darem losu i największym bogactwem człowieka. Syn Oleny i Amenasa wyrósł na człowieka najdzielniejszego z dzielnych, o nieustraszonym sercu, wielkiej dobroci i ogromnej odwadze. Nie tylko nauczył się strugać drewniane fujarki i strzelać z łuku, ale także wielu innych niezwykłych sztuczek. Plótł warkocze ze słonecznych promieni, lepił bałwany z niebiańskich chmur, robił proce z nitek babiego lata i łapał leśnie echo do worków.
Starowinka nie kłamała, naprawdę był niezwykły, a legendy o nim opowiadają sobie ludzie i na północy, i na południu, za górami i za lasami.
 

 

 

następna bajka: "Skrzydlaci bracia"