Róża

 

Niedawno, całkiem niedaleko, na ulicy Różanej żyła sobie pewna rodzina. Pani Basia, pan Jurek i pies Łapek. Nazywał się tak, bo jedną łapkę miał krótszą, co wcale nie przeszkadzało mu dokazywać i wesoło biegać po podwórku. Wszyscy bardzo się kochali i byli prawie szczęśliwi. Prawie, bo bardzo brakowało im małej istotki, która biegałaby z pieskiem  wesoło po domu, przytulałaby się do pani Basi i wierciła na kolanach pana Jurka. Codziennie dziękowali za swoje życie i prosili o  dziecko. Pani Basia mocno wierzyła, że się to spełnieni, bo już od wielu lat przygotowywała ubranka dla swojej Różyczki. Tak, tak była pewna, że wcześniej czy później przyjdzie na świat śliczna dziewczynka o policzkach jak płatki róży. 

 

Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Huśtawka, którą Pan Jurek zbudował smętnie stała w ogrodzie, szafa z ubrankami dla dzidziusia pękała w szwach. Gdy pies Łapek był już coraz starszy i czuł, że jego dni są policzone postanowił, że musi koniecznie coś zrobić dla

 

swojego państwa. Prosił więc codziennie patrząc w niebo, by po jego odejściu  pojawił się ktoś, kto rozweseli dom pani Basia i pana Jurka.
Niewiadomo, które prośby były bardziej skuteczne, psa czy ludzi, a może przyszedł po prostu odpowiedni czas,  faktem jest, że w dniu śmierci Łapka,  okazało się, że wiosną na świat przyjdzie maleństwo.

 

Nadeszła wiosna .Świat się zazielenił. I wtedy przy ulicy Różanej rozległ się płacz dziewczynki o policzkach jak płatki róży. Pani Basia i Pan Jurek też płakali, ale ze szczęścia.  Lekarz za to bardzo się zaniepokoił. Różyczka nie miała bowiem paluszków u rączek, tak naprawdę nie miała nawet dłoni. Rodzice nie zwracali na to uwagi – dla nich ich córeczka była perfekcyjna i pokochali ją gorąco od pierwszego wejrzenia. Dziewczynka  uśmiechała się do wszystkich wokół i wesoło machała nóżkami i swoimi niedokończonymi rączkami. Tak właśnie mówili o nich rodzice- niedokończone.  Widocznie Pan Bóg miał bardzo ważne sprawy i nie mógł dokończyć rączek ich

 

dziecka. Może musiał ratować komuś życie- tłumaczyli ciekawskim.

 

Lata mijały. Różyczka rosła jak na drożdżach. Nie przeszkadzało jej , że nie miała dłoni. Radziła sobie bez nich doskonale. Nauczyła się też chwytać różne przedmioty ustami oraz paluszkami u nóżek. Rodzice zachwycali się jej postępami i  bardzo ją kochali.  Jej najlepszym przyjacielem został  Maciek, kolega z sąsiedztwa. Bawili się razem na huśtawce i budowali zamki z piasku. Poza tym uwielbiali się śmiać.
Różyczka smutniała tylko wtedy gdy ktoś zwracał uwagę na jej inne rączki. Wtedy usteczka zaczynały jej lekko drżeć. Ale nie płakała, co to, to nie!  Mówiła tylko wtedy do pani Basi – Mamo, tak strasznie mnie bolą rączki, jakby ktoś przywiązał do nich kamienie.

 

W końcu nadeszła wielka chwila - Różyczka szła
do pierwszej klasy. Bardzo się cieszyła , bo lubiła
zawierać nowe przyjaźnie i chętnie się  uczyła. Znała
 już cały alfabet i umiała liczyć do dziesięciu.  Do szkoły poszła razem z Maćkiem. Ledwo przekroczyli próg

 

szkoły, usłyszeli: - Patrz jakie indycze jajo. Grupka chłopców naśmiewała się z Maćka. Faktycznie jego twarz była piegowata, ale kto by na to zwracał uwagę.  Nagle zrobiło się cicho, bo chłopcy zauważyli  inne rączki Różyczki.  - A to co za dziwadło- powiedział najwyższy z nich.  Różyczce zrobiło się słabo, ręce jak głazy zaczęły jej ciążyć, ale jakoś wytrwała do końca lekcji.

 

Mijały dni. Różyczka była teraz coraz częściej smutna i zmęczona. Po przyjściu ze szkoły powtarzała mamie, że do jej rączek przywiązane są bardzo ciężkie kamienie. Pani Basia martwiła się bardzo o córkę, ale nie wiedziała jak jej pomóc. Lekarze rozkładali ręce, bo
przecież nie wiedzieli żadnych kamieni u rąk Różyczki.
Przytulała więc pani Basia swoje dziecko tak długo, aż ból  mijał.

 

Nadeszła zima i świat wokół zrobił się cały biały. Wszystkie dzieci po szkole  biegły na podwórko. Pewnego dnia,  Filip, ten, który dokuczał  wszystkim dzieciom, a Różyczce w szczególności, wjechał sankami

 

pod samochód. Szybko wezwano karetkę. W szpitalu okazało się, że chłopiec miał dużo szczęścia i skończyło się tylko na złamaniu ręki i nogi.

 

W szkole pani poprosiła dzieci, by odwiedzały chorego kolegę i opowiadały mu co się dzieje na lekcjach. Filip miał bowiem nie chodzić do szkoły aż dwa miesiące. Dzieci pamiętały jednak  jak chłopiec im
dokuczał i nikt nie chciał go odwiedzać. Nawet jego koledzy nie kwapili się do pomocy.  I wtedy wstała Różyczka : – Nie możemy go tak zostawić. To przecież nasz kolega- powiedziała. I jako pierwsza poszła odwiedzić chorego Filipa.

 

Gdy Filip ujrzał Różyczkę nie mógł wydusić jednego słowa. Ale to nie miało znaczenia, bo dziewczynce buzia się  nie zamykała, tyle się przecież działo ciekawych rzeczy w szkole. W pewnym momencie Filip  się rozpłakał i zaczął przepraszać Różyczkę za jego złe zachowanie.- Rozumiem teraz- powiedział -  jaka jesteś dzielna. Ja z ręką i nogą w gipsie  nic nie umiem

 

 

zrobić. A  dla ciebie  nie ma rzeczy , z którą byś sobie nie poradziła. Dziewczynka  tylko się uśmiechnęła.
Przez kolejne tygodnie koledzy i koleżanki z klasy odwiedzali chłopca w domu. A po dwóch miesiącach Filip wrócił do szkoły. Na przerwach znów szalał z kolegami.  Jedna rzecz się jednak zmieniła – nikomu już nie dokuczał.
 Chłopiec zrozumiał, że nie liczy się wygląd drugiej osoby, ale to, co  każda z nich ma w środku.  Można być chudym  jak Piotrek,  a za to świetnie liczyć. Albo  jeździć na wózku jak Krzyś, ale pięknie malować. Albo mieć ciemną skórę jak Ania , ale za to znać się na  ortografii.  Jedno jest pewne – z  każdym  warto się zaprzyjaźnić. Bo przyjaciele to wielki skarb.

 

A co słychać  u Różyczki ? Już nie skarży się na ból rączek. Mówi, że to dzięki koleżankom i kolegom  z klasy. Każdy ich przyjazny gest sprawił bowiem, że kamienie, które widziała u swych rączek  stawały się coraz mniejsze, aż pewnego dnia zupełnie znikły.
Taka jest moc przyjaźni.

Koniec

 

 

następna bajka: "Rudaska"