O Martwej Naturze i trzech niezwykłych malarzach

       Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem obrazem, który mieszka w muzeum w pozłacanej ramie. Namalował mnie pewien niezwykły malarz dłonią
z dwoma palcami, ale to przecież bez znaczenia. Pewnie myślicie, że nudne jest takie wiszenie na ścianie. Nic bardziej mylnego, choć nie zawsze tak myślałam. Nazywają mnie Martwą Naturą, czego zupełnie nie rozumiem. Niestety żaden z kolegów obrazów, ani innych posągów z brązu dzielących ze mną muzealną salę, nie potrafił mi tego wyjaśnić.
- Czy ja jestem martwa? – zastanawiałam się, a na samą myśl, że to może być prawda, robiło mi się smutno.
- Jakbyś była, to myślisz, że byśmy rozmawiali? – zapytał mnie wiszący niedaleko obraz. - Nazywają mnie „Babim latem” – przedstawił się. – Wiszę tu bardzo długo i nigdy nie czułem się martwy. Ty też nie powinnaś.
Popatrzyłam na niego lekko zmieszana. Przedstawiał pastwisko i leżącą na nim młodą wiejską dziewczynę, która chwyta fruwające w powietrzu pasma babiego lata.
- Jakie są nici pajęcze, które łapie kobieta na twoim obrazie? – wtrąciłam.
„Babie lato” uśmiechnął się słysząc te słowa.
- Delikatne i miłe w dotyku - wyjaśnił.
I właśnie wtedy zapragnęłam dotknąć takich nici, zobaczyć świat i poznać artystę, który mnie namalował. - Może on mi powie, czy rzeczywiście jestem martwa? - zastanawiałam się, a o świcie wyruszyłam w daleką podróż.

Świat poza murami muzeum zaskoczył mnie niezliczoną ilością barw. Widziałam bociany z długimi, czerwonymi dziobami, zielone żaby, kwiaty, samoloty podobne do ptaków. Wędrowałam dość długo
i rozbolały mnie nóżki. Nie byłam przyzwyczajona do chodzenia. W muzeum prawie cały czas wisiałam na ścianie, a opiekunowie o mnie dbali. Teraz byłam zupełnie sama. Przerażona usiadłam na kamieniu i się rozpłakałam. Po chwili poczułam, że ktoś uważnie mi się przygląda.
   - Ktoś tu jest? – zapytałam, ale nikt nie zareagował na te słowa. – Jestem taka dziwna, że nawet nie chcecie ze mną rozmawiać? – dodałam po chwili
i zrobiło mi się jakoś smutno. Potem – zmęczona zasnęłam. Obudził mnie motyl, który siadł mi na nosie. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś równie niezwykłego. Przy nim nawet obraz „Tęcza” z naszego muzeum wydawał się szary.
   - Jaki ten świat jest żywy i piękny - westchnęłam. – Tu wiatr, trawy, a nawet kamienie, mają w sobie coś niepowtarzalnego. Tylko ja jestem taka martwa – dodałam, a po moich policzkach spłynęły łzy. Wtedy usłyszałam głos jakiegoś chłopca:
   - Tolek, popatrz! Ten obraz płacze!
   - Może mu smutno, bo jest tu sam – odpowiedział drugi głos. Potem chłopcy, coś sobie powiedzieli i znikli. Na szczęście szybko wrócili – z farbami, pędzlem, wodą i płótnem.
    - Od dziś nie będziesz już sama – powiedział jeden
z nich i w tej samej chwili jedną nogą z drugiej zsunął skarpetki i zaczął malować. Wiecie, jak? Trzymając pędzel palcami stóp! Drugi chłopiec również postanowił coś dla mnie namalować – trzymając pędzel ustami. Cieszyłam się, jak dziecko! Wszystkiemu przysłuchało się drzewko, pod którym siedziałam.
    - Żyję już bardzo długo, ale nigdy nie słyszałem, by ktoś martwy cieszył się, jak ty! – nagle wtrąciło.
    - Kim jesteś i dlaczego mówisz do kogoś takiego, jak ja? – zapytałam.
   - Jestem brzozą i mówię do obrazu, który myśli, że jest martwy, ale jeśli nie chcesz, nie będę więcej cię niepokoić – dodała.
    - Dlaczego? – zapytałam.
    - Nie chcę ci przeszkadzać!
    - Wybacz, jeśli cię uraziłam – próbowałam szybko naprawić swój błąd. – Nie wiedziałam, że ktoś taki jak ja, umie rozmawiać.
    - Jak to? Przecież rozmawiamy!
    Pomyślałam, że może brzoza powie mi, gdzie mieszka malarz, który mnie namalował, ale wtedy Tolek wraz z drugim chłopcem postawili mi przed nosem obrazy, które namalowali.
    - Skończyliśmy! Oto nasze dwie martwe natury; jedna z cytrynami, druga z kwiatami polnymi w wazonie – powiedział Tolek. Drugi chłopiec tylko się uśmiechał. Umorusani farbą patrzyli na mnie, jak na wyrocznię. Widać było, że malowanie stopami, czy ustami nie sprawiało im żadnych problemów. Obrazy były niezwykle piękne. Nigdy takich nie widziałam. I wtedy zatęskniłam za ramą, w której wisiałam.
    - Muszę wracać do muzeum – tam jest przecież mój dom – szepnęłam. Potem podziękowałam za wszystko
i z nowo poznanymi przyjaciółkami obrazami, wyruszyłam do domu. Szłyśmy przez wysokie trawy, które delikatne nas dotykały, przez nici pajęcze, które zaplatały się wokół nas.
   - Brzoza miała rację. Ktoś martwy nie czułby tego, czego właśnie doświadczamy – pomyślałam.

       W muzeum czekały na nas puste, pozłacane ramy.
W jednej chwili wskoczyłam na moje stare miejsce. Moje koleżanki zamieszkały obok mnie. I wtedy usłyszałyśmy:
    - To jakaś pomyłka. To nie jest martwa natura.
    - Masz rację – dodał inny głos. – To raczej pejzaż.

       Rozmowie przysłuchiwał się malarz, który mnie stworzył. Nie wiem, jak mnie tu znalazł. To na pewno był on - miał rękę z tylko dwoma palcami. Wyobrażacie sobie - ta niezwykła dłoń stworzyła właśnie mnie. Obok niego stali dwaj chłopcy, którzy namalowali moje koleżanki - jeden bez rąk, drugi z rękami bez dłoni.
- To synowie malarza, dlatego tacy zdolni! – szepnęła moja przyjaciółka wisząca po prawej stronie.

Malarz i jego dwaj synowie byli zachwyceni dyskusją, jaka toczyła się na temat obrazów. Kiedy skończyli powiedział:
    - Może dodamy słowo „żywa” do tytułów naszych obrazów i wtedy będą „żywymi – martwymi naturami”?
    Zarówno chłopcom, jak i dyskutującym bardzo spodobał się ten pomysł.
Tak oto dzięki tej jednej niezwykłej wycieczce poznałam świat. Zrozumiałam też, że obrazy żyją póki ludzie chcą je oglądać. Zyskałam również dwie koleżanki, które są dla mnie jak siostry. Czasami, kiedy mi się nudzi, przysłuchuję się rozmowom ludzi odwiedzających muzeum z nadzieją, że ktoś zauważy uśmiech na mojej twarzy. Podpowiem - by go zobaczyć, trzeba zatrzymać się przy mnie dłuższą chwilę i patrzeć bez odrywania wzroku wtedy nie wytrzymuję i się uśmiecham – ze szczęścia oczywiście.

---- KONIEC ---

 

 

następna bajka: "O mądrości leśnych mieszkańców "