O Długorękim, Jaśku i psie, który wabił się Azja

Za górami, za lasami, w małej wiosce nieopodal gajowego wzgórza mieszkał chłopiec. Rodzice nazwali go Długoręki, bo już od urodzenia jego ręka sięgała stóp – taka była długa.
- Może z czasem się skurczy – pocieszał rodziców chłopca pan doktor, ale na nic to się zdało. Mama nadal się martwiła o swojego synka i wieczorami, kiedy chłopiec spał, płakała. Tylko tata był spokojny:
- Kochamy go najbardziej na świecie. Dla nas nie ma znaczenia długość jego ręki – powiedział. Mama tylko potakiwała głową, co oznaczało, że jest tego samego zdania.
Mijały dni, a nawet lata. Chłopiec rósł, jak na drożdżach, a wraz z nim ręka, która z dnia na dzień robiła się dłuższa. Długoręki nie martwił się tym do dnia, kiedy pierwszy raz w swoim życiu poszedł do przedszkola - tego dnia wszystko się zmieniło.
    - Nie będę się z tobą bawiła – powiedziała do niego na dzień dobry Agatka. Jasiek był podobnego zdania:
- Nie chcę się bawić z takim dziwadłem – stwierdził.
Długoręki popatrzył na nich, a po chwili schował się
w szafie, gdzie spędził całe popołudnie. Wychylił z niej nos dopiero, kiedy przyszedł po niego tata.
- Dlaczego jestem takim dziwadłem? – zapytał go, ale tata zmarszczył czoło i powiedział szorstkim głosem:
- Zabraniam Ci tak o sobie mówić.
A potem zapytał:
- Czy myślisz, że mój ukochany syn mógłby być dziwadłem?
- Nie, na pewno nie - odpowiedział pewnym głosem chłopiec.
    - Sam widzisz. Pamiętaj, że choć twoja ręka jest inna od rączek twoich kolegów, to wcale nie znaczy, że jest gorsza – dodał. Chłopiec tylko skinął głową, co oznaczało, że wszystko zrozumiał. Mimo to następnego ranka schował się pod łóżkiem z postanowieniem, że tam spędzi resztę dnia.
- Nigdy więcej nie pójdę do przedszkola – powiedział, kiedy mama prosiła go by się wreszcie ubrał.
- Przecież sam mówiłeś, że w przedszkolu jest fajnie – próbowała negocjować. Na próżno. Nie pomogły, ani prośby, ani groźby. W końcu ustąpiła, bo wiedziała, że jej synek jest największym uparciuchem w całej okolicy. Tata patrzył zaskoczony, ale tym razem - co było dla wszystkich lekkim zaskoczeniem - nie odezwał się nawet słowem. Może miał nadzieję, że jego kochany synek zmieni zdanie!
Niestety następnego dnia było podobnie, ale rodzice chłopca, choć się bardzo o niego martwili, postanowili do niczego go nie zmuszać.
- Może jutro pójdzie do przedszkola – mówili, ale przez kolejne dni nic się nie zmieniło. Chłopiec, jak wcześniej, chował się pod łóżkiem i nawet armatą nie można by było go stamtąd wyciągnąć. I tak pewnie byłoby po dziś dzień, gdyby nie pewna historia, która zdarzyła się kilka dni później.
To była sobota, pamiętam dokładnie, bo tego dnia
w domu Długorękiego piekło się chleb i drożdżowe ciastka. Chłopiec tylko ze względu na te ciastka wyszedł spod łóżka. Wycinał je foremkami. Najbardziej lubił te w kształcie grzybka i serduszka, ale lubił też trójkąty
i koła. Po foremki z górnej szafki sięgał sam, bez niczyjej pomocy – miał przecież swoją długą rękę.

Owej soboty, kiedy jak zwykle pomagał mamie wycinać ciastka, usłyszał kołatanie do drzwi, które wszystkich postawiło na równe nogi.
- Uciekajcie, pali się! – ktoś krzyczał. Wtedy tata poczuł dym, który powoli zaczął wdzierać się do domu.
    - Rzeczywiście czuję dym! Uciekajmy! – zawołał
i w jednej chwili wszyscy wybiegli z domu w tym, co mieli na sobie. Kiedy byli już bezpieczni usłyszeli głośne wycie jakiegoś psa, które mówiło: „ratujecie mnie”.
   - To pies Jaśka, mojego kolegi z przedszkola! – zawołał Długoręki. Czasami przychodzi się ze mną pobawić. Wczoraj też był. Myślałem, że poszedł do swojego domu – dodał.
    I w tej samej chwili podbiegł pod ścianę płonącego domu - za nią słychać było przeraźliwe wycie psa. Ale szczelina w ścianie była tak wąska, że nie sposób było się tam wcisnąć. Nawet taki mały chłopiec, jak Długoręki nie mógł tego zrobić. Na szczęście chłopiec miał coś wyjątkowego, co pomogło wyciągnąć mu czworonoga z zadymionego pokoju – długą rękę. Pomyśleć, że zaledwie kilka dni temu śmieli się z niej chłopcy w przedszkolu. Teraz ta jedna, długa, śmieszna ręka, wsunęła się do środka i wszyscy pokładali w niej nadzieję.
    - Synu, co robisz? – zawołał ojciec, ale chłopiec nic nie odpowiedział, a po chwili trzymał w swoich objęciach trochę przestraszonego, ale całego, już bezpiecznego psa.
   - Uratowałeś go – wołał szczęśliwy Jasiek i bez namysłu podziękował Długorękiemu. – Wabi się Azja – wtrącił, kiedy pogłaskał swojego czworonożnego przyjaciela. – Wybaczysz mi, że byłem taki nieznośny? – zapytał.
- Nigdy się na ciebie nie gniewałem – odpowiedział Długoręki i się uśmiechnął, co oznaczało, że przyjął przeprosiny.
    - Mój pies powiedział mi, że chciałby czasem również z tobą chodzić na spacery. Jeśli się zgodzisz, możemy wychodzić z nim ram – zaproponował Jasiek.
    - Pewnie – odpowiedział Długoręki.
    - Wiesz, niedługo psia rodzina ma się powiększyć. Jeden ze szczeniaków może być twój, oczywiście, jeśli zechcesz - zaproponował.
    - Pewnie, że chcę – odpowiedział Długoręki. Po czym chłopcy na zgodę uściskali się tak mocno, jak tylko potrafili. Razem z chłopcami cieszyli się ich rodzice, Azja, a nawet Agatka, która też chciała, chociaż raz na jakiś czas, pójść z nimi na spacer.
   - Ja też cię przepraszam - wtrąciła. – Dzięki tobie zrozumiałam, że każdy z nas jest inny, ale dzięki temu wyjątkowy. Krople rosy też się od siebie różnią i płatki śniegu, a mimo to podoba się wszystkim każda bez wyjątku - wymieniała.
    - Dziękuję – odpowiedział chłopiec i uśmiechnął się, bo gdzieś tam, głęboko w sercu czuł, że dziewczynka ma rację.
   - I oczywiście będzie nam bardzo miło, chodzić z tobą na spacery. Popatrz, Azja już na samą myśl
o wspólnych spacerach, merda ogonem. Wszyscy się zaczęli śmiać.

      A potem? Potem nastała radość i spokój, którego nie zaburzyły nawet trzęsące się listki osiki.

---- KONIEC ---

 

 

 

następna bajka: "O dzielnej kaczuszce Amelii "