Nieznana opowieść pana Jana i pani Małgorzaty

Czy wiecie, moi Drodzy, kto wymyślił piłkę nożną i pierwszy zorganizował mecz? Słyszałem wiele różnych odpowiedzi na to pytanie, ale żadna nie wydawała mi się prawdziwa. Gdy wydawało mi się, że już nie znajdę dobrej odpowiedzi, spotkałem na ławce w parku w niewielkim miasteczku parę przemiłych Staruszków, o imieniach Jan i Małgorzata. Byli już trochę słabi i przygarbieni, ale mieli w sobie radości i energii więcej niż niejeden dziesięciolatek. Gdy porozmawialiśmy dłużej, okazało się, że przede mną siedzieli znani wielu z Was Jaś i Małgorzata. Pamiętacie o opowieść o tym, jak udało im się sprytnie ukarać okrutną Babę Jagę, gdy byli w Waszym wieku? Ja też pamiętałem i się tym pochwaliłem. O dziwo, wcale się tak bardzo nie ucieszyli. Odrzekli, że wszyscy znają ich historię z czarownicą, ponieważ spisali ją dawno temu dwaj bracia, którzy nazywali się Grimm. Nie było to jednak wszystko, co opowiedzieli im przy herbacie Jan i Małgorzata, ale resztą bracia się zainteresowali – nie wiadomo dlaczego, może spieszyli się do innych osób?
Byłem bardzo ciekawy, czego to nie wiemy dotychczas o losach Jasia i Małgosi. Zapytałem nieśmiało, co też im się jeszcze zdarzyło – w końcu nie co dzień spotyka się bohaterów bajek! Oni odpowiedzieli, że są już słabi i nie mogą już długo mówić, ale kiedyś spisali tę opowieść i mogą ją mi przekazać. Podskoczyłem z radości i wyciągnąłem ręce. Oni wspólnie podali mi mały, pożółkły zeszyt. Wtedy dopiero spostrzegłem, że każde z nich nie miało jednej ręki – Staruszek prawej,  Staruszka – lewej. „Panowie Grimm nie napisali o tym” – powiedział, jakby czytając w moich myślach, pan Jan – „ale to nie przeszkodziło nam rozprawić się ze złą czarownicą” – dodała z uśmiechem pani Małgorzata. Ja też się uśmiechnąłem i zaraz zabrałem się do lektury nieznanej do tej pory przygody Rodzeństwa. A było to tak:
Dawno, dawno temu, zanim jeszcze odeszła od nas nasza Mama i zanim spotkaliśmy Babę Jagę, żyliśmy sobie ot tak, zwyczajnie. Pomagaliśmy rodzicom, bawiliśmy się, spacerowaliśmy. Nie mieliśmy dużo kolegów ani koleżanek, bo nie wszyscy chcieli się z nami bawić. Mówili, że nie można się z nami wspinać po drzewach ani klaskać, bo każde z nas nie miało jednej ręki. Było nam trochę przykro, ale nie bardzo, bo dobrze nam było we dwójkę, a w dodatku inne dzieci wcale się ciekawie nie bawiły. Najczęściej siedziały gdzieś przy drodze i nudziły się, bo nie znały fajnych zabaw, a rozmawiać też nie było o czym – i tak każdy wszystko o sobie wiedział!
Pewnego dnia spotkaliśmy się na podwórku sąsiada. Wszystkie dzieci bawiły się w rzucanie i łapanie starej piłki. My siedzieliśmy z boku i tylko patrzyliśmy, bo nie dawaliśmy rady bawić się jedną ręką. Nagle Małgosia wstała i pobiegła do stodoły, a po chwili wybiegła z niej z inną, jeszcze starszą i bardziej poniszczoną piłką i powiedziała: „Jasiu, pobawmy się inaczej niż do tej pory: będziemy na zmianę kopać piłkę tak, żeby trafiła w drzwi stodoły. Kto trafi więcej razy, wygrywa!” I tak też zrobiliśmy. Początkowo nie szło nam łatwo, bo nigdy jeszcze nie kopaliśmy piłki, która zawsze służyła tylko do rzucania. Jednak po dłuższej udawało się nam trafiać do celu!
Oboje byliśmy tak zajęci graniem, że nie zauważyliśmy, że reszta dzieci przestała się bawić i zaczęła z zainteresowaniem przyglądać się naszej grze. Po pewnym czasie Grześ, najstarszy i najsilniejszy z całej paczki, który też najbardziej nam dokuczał, zapytał się grzecznie, czy może się dołączyć do zabawy. Zgodziliśmy się, a zaraz po nim dołączyli kolejni. Wkrótce jednak nastąpił zamęt i hałas, bo każdy chciał kopnąć piłkę. Wtedy Jaś rzucił pokazał na drzwi obory, która stała naprzeciw stodoły i zaproponował: „Podzielmy się na dwie drużyny. Jedna drużyna będzie miała jedną piłkę, a druga drugą. Następnie wybierzemy jedną osobę, która zliczy, kto więcej razy trafił w drzwi – nazwiemy go sędzią, bo zdecyduje, kto wygra i będzie pilnować, czy nikt nie oszukuje!Sędzią została mała Ania, która nie umiała jeszcze mocno kopać. Pod koniec zabawy okazało się, że wygrała drużyna, w której byliśmy my!
Umówiliśmy się na następne spotkanie nazajutrz. Długo rozmawialiśmy w domu, jak można się jeszcze bawić w kopaną piłkę. Następnego dnia mieliśmy całą masę pomysłów: przecież będzie ciekawiej, gdy jedna drużyna będzie strzelała w kierunku drzwi drugiej drużyny! Żeby było trudniej, jedna osoba będzie wyznaczona do tego, żeby piłka nie trafiła do celu i będzie mogła łapać ją rękoma. My nie mogliśmy się zajmować łapaniem, ale nie było nam smutno, bo najcelniej kopaliśmy! Trzeba by też nadać nazwy drużynom, a także wyznaczyć ich przywódców.
Nasze pomysły wszystkim się spodobały i tego dnia graliśmy w pierwszy mecz piłki nożnej (tak ją nazwaliśmy). Drużynom nadaliśmy nazwy Wodniki oraz Krasnale. Gra była zacięta i trwała tak długo, że rodzice  musieli przyjść po zmroku i zabrać nas do domów. Ale było warto! Wynik był remisowy, dziesięć do dziesięciu, ale my strzeliliśmy najwięcej bramek dla naszej drużyny Wodników (po cztery)! Wieść o tej grze wkrótce rozniosła się po okolicy i zewsząd przychodziły do nas dzieci i dorośli patrzeć, jak wspaniale się bawiliśmy. Było przy tym mnóstwo śmiechu i zabawy, a grać mógł każdy – chłopcy i dziewczynki, duzi i mali, mądrzy i głupi, byle tylko umieli trafić w piłkę!
Jakiś czas potem nasza Mama zmarła, a w okolicy nastała duża bieda. Nikt nie miał czasu na zabawy, trzeba było pomagać rodzicom w pracy. Wkrótce też przeżyliśmy przygodę z Babą Jagą. Z tego wszystkiego już nie zagraliśmy w nożną piłkę, ale grali w nią ludzie w całej okolicy. Szybko zapomniano, że to my zorganizowaliśmy pierwszy mecz, ale to nie było takie ważne – ważne było to, że wszystkie dzieci mogły się razem wspólnie bawić!
Gdy skończyłem czytać, chciałem zaraz podziękować parze Staruszków za tę opowieść, ale ich już nie było. Może siedzą teraz na innej ławce w innym parku? Na pewno chcieliby, żebyśmy jak najczęściej o nich pamiętali i bawili się tak, jak oni!

 

 

 

 

następna bajka: "Nela na safari "