Marzenie

Od kilku godzin nad łąką królowała noc i ogromy księżyc, który zdawał się wypełniać sobą całe niebo. Mały domek, który na pierwszy rzut oka wydawał się tylko zwyczajnym krzaczkiem, tonął w ciszy. Ze wszystkich domowników tylko Miłka nie mogła zasnąć. Jak co wieczór marzyła. Ale nie o księciu z bajki, czy o górze słodkości. Oczyma wyobraźni widziała gromadzący się na łące tłum, podziwiający wystawę jej obrazów. Musicie bowiem wiedzieć, że niczego tak bardzo nie pragnęła, jak tego, by malować. W przeciwieństwie do innych pająków, spędzających całe dnie na tkaniu sieci, chciała stworzyć coś, czego nie zniszczyłby tak łatwo silny podmuch wiatru, czy zabłąkana mucha. Trudno jednak coś namalować, gdy ma się tylko trzy nóżki. Gdyby chociaż znajdowały się z przodu, mogłaby poprosić tatę, by zmajstrował dla nie jakiś mały pędzelek. Trochę ćwiczeń i na pewno dałaby radę jakoś go utrzymać. Tata przecież świetnie znał się na majsterkowaniu i na pewno coś by na to poradził. Tymczasem nawet do jedzenia potrzebowała pomocy rodziców. Całe dnie spędzała sama, obserwując bawiące się razem gąsienice, motyle i pszczoły, uczące się latać w pobliskiej szkółce. Rzadko ktoś do niej zaglądał. Czasami myślała, że to dobrze, bo przecież urodziła się inna niż wszystkie pająki i na pewno znalazłby się ktoś, kto chciałby z niej pożartować. Zwykle jednak czuła się bardzo samotna i wolałaby już znosić czyjeś zaczepki niż tkwić wciąż samotnie na krzaku, z dala od innych dzieci-owadów.
 – Lepiej pójdę już spać – pomyślała Miłka i ziewnęła szeroko. Ostrożnie zaczęła pełznąć w kierunku pajęczyny rodziców, gdy nagły podmuch wiatru szarpnął gałęzią, na której siedziała. Zanim się obejrzała, spadała w dół, odbijając się boleśnie od liści.
– No to koniec – zdążyła wyszeptać, a potem z impetem wylądowała na czymś, co najwyraźniej się poruszało. Owo coś natychmiast przystanęło, dając wyraz swojemu oburzeniu:
– Czy ja wyglądam na lądowisko?  – zapytało coś, co – gdy Miłka przyjrzała się bliżej –okazało się być zwyczajnym ślimakiem.
– Bardzo pana przepraszam. Ja… nie chciałam – zaczęła tłumaczyć się Miłka.
– No dobrze, już dobrze – przerwał jej ślimak. – Trochę się spieszę, bo rano otwierają nową szkołę tańca, a bardzo chciałbym zapisać się na zajęcia. No, wiesz… – dodał szeptem. – Mają też uczyć samby. A ja zawsze chciałem ją zatańczyć podczas karnawału.
– Ale przecież pan ma tylko jedną nogę! – zawołała Miłka i natychmiast ugryzła się w język. Zsunęła się ze skorupy ślimaka, lecz zanim zdążyła go przeprosić, ten uśmiechnął się szeroko i powiedział:
– No i co z tego? Przecież to nie ma znaczenia. Mam doskonałe wyczucie rytmu, a w sambie to jest najważniejsze. Moim zdaniem namiar nóg tylko utrudnia sprawę. Taka stonoga ma zdecydowanie gorzej, bo zanim ustawi wszystkie prawe nogi we właściwej pozycji, to już dawno przestaje grać muzyka. No… ale my tu ucinamy sobie pogawędkę, a czas leci. Muszę pędzić. Do zobaczenia! – zawołał ślimak i znów ruszył przed siebie.
– Do widzenia – odpowiedziała Miłka. W tej samej chwili usłyszała hałas i obok niej wylądowała… dżdżownica. Przez chwilę szamotała się nerwowo, próbując wyplątać się z liścia, który wyglądał tak, jakby ktoś go przyczepił do jednego z jej końców.
 – Nic się pani nie stało? – zapytała z troską w głosie Miłka.
– Nic, nic – odparła zasapana dżdżownica. – To tylko lądowanie awaryjne. Sądziłam, że te liście dębu są bardziej zwrotne, ale chyba jednak wrócę do klonu. Liście klonu spadają wolniej, ale za to można dłużej polatać. Tylko czasami kręci mi się potem w głowie…
– To pani na nich LATA?! – zawołała zaskoczona Miłka. – Myślałam, że dżdżownice wolą spulchniać ziemię.
– Większość tak – wyjaśniła dżdżownica. – Mówią mi nawet, żebym puknęła się w ten głupi pierścień, bo kto to widział, żeby dżdżownice skakały ze spadochronem. Ale ja tam sobie z ich gadania nic nie robię. Pewnie są zazdrosne, bo brak im odwagi. A wiesz mi, drogie dziecko, trzeba mieć jej naprawdę sporo, by marzyć.
Miłka pokiwała głową, bo dżdżownica wydała jej się nagle strasznie mądra. I bardzo odważna.
– Ja też mam marzenie – wyszeptała nieśmiało, a dżdżownica spojrzała na nią z wielkim zainteresowaniem i uśmiechnęła się zachęcająco.
– Chciałabym malować – wyjaśniła Miłka i popatrzyła ze smutkiem na swoje jedyne trzy nóżki. – Ale sama pani widzi…
– Widzę. I zupełnie cię nie rozumiem. Skoro tak bardzo tego chcesz, to dlaczego nie malujesz? – spytała dżdżownica, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. – Jeśli ja mogę latać, to i ty dasz sobie radę. Musisz tylko znaleźć właściwy sposób – dodała, po czym zniknęła pod ziemią.
Miłka zamyśliła się głęboko. Nad słowami dżdżownicy i nad ślimakiem, który pewnie wciąż zmierzał do wymarzonej szkoły tańca. Skoro im nie przeszkadzał brak nóg, czy skrzydeł, to może i ona mogłaby spróbować. Tylko, że zupełnie nie wiedziała jak. Ślimak i dżdżownica byli przecież dorośli, a wiadomo, że dorosłym jest w życiu łatwiej. Pochłonięta myślami zaczęła mozolnie wpinać się z powrotem na swój krzak. Mama z tatą pewnie wkrótce się obudzą i lepiej, by była wtedy na miejscu. Nie chciała, by się martwili.
Świtało, gdy dotarła na miejsce. Na liściu, na którym wcześniej siedziała, zebrały się krople rosy. Wyglądały naprawdę pięknie, bo wiatr naniósł trochę pyłku z okolicznych kwiatów i teraz każda z kropli wydawał się lśnić innym kolorem. Miłka zapragnęła ich dotknąć, lecz kiedy to zrobiła, spłynęły w dół liścia, zostawiając kolorowe smugi. Ostrożnie umoczyła w jednej tylną nóżkę. Potem drugą. Pracowała w takim skupieniu, że nawet nie zauważyła, że rodzice już dawno wstali i od dłuższej chwili przyglądają się jej z uwagą, radością i zaskoczeniem.
– To jest naprawdę piękne… – wyszeptała mama. Ale Miłka jej nie usłyszała. Malowała, szczęśliwa jak nigdy dotąd, zamieniając liść w prawdziwe arcydzieło.

KONIEC

 

 

 

 

następna bajka: "Miłka i Złotopióry"