„Kuba, Szymon i Grześ”

 

         - Hej, przesuń się trochę!
         - A po co?
         - No, daj mi tych ziaren, nie bądź taki… - Szymon szukał odpowiedniego słowa. – Taki… kruk! – wykrzyknął w końcu.
Kuba posłusznie przesunął się na skraj karmnika.
No tak, pewnie już się zorientowaliście, że Kuba i Szymon to nie ludzie, jak Wy i ja, ale po prostu młode wróble. I to w dodatku wyspane i pełne energii, a Kuba nawet już najedzony, co zimą nie jest tak oczywiste.
Kuba rozejrzał się dookoła. Był piękny zimowy dzień, znajoma dziewczynka nasypała im do karmnika pysznego ziarna, którego wróbel zdążył już się najeść. Szymon trochę zaspał i doleciał później. Teraz z naddatkiem nadrabiał zaległości.
- Popatrz – powiedział do Kuby. – Leci Grześ.
- Pospiesz się – usłyszał w odpowiedzi.
Tego nie trzeba było Szymkowi dwa razy powtarzać. Podwoił i tak szybkie dziobanie, niemal się nie udławił jakimś dużym okruchem chleba (Dlaczego ludzie nam to dają? – nie mógł nadziwić się Kuba. Przecież wiedzą chyba, że normalnie jemy ziarno, a nie chleb!) i odlecieli we dwóch w chwili, gdy Grześ akurat wylądował na karmniku. Usłyszeli tylko jego głośne: - Hej, to ja! Po czym zniknęli za rogiem najbliższego domu.
- Uff… - sapnął Kuba, gdy usiedli spokojnie na furtce. – Chyba się udało.
- Acha – odparł Szymon. – Chyba mu uciekliśmy.
Jak widzicie, Kuba i Szymon nie przepadali za Grzesiem. Pewnie Was zainteresuje dlaczego. Otóż Grześ miał nierówne skrzydła – jedno z nich było wyraźnie dłuższe od drugiego. Grześ miał tak od urodzenia i sprawiało mu to pewne kłopoty na co dzień. Później nauczył się latać, dlatego na dworze bawił się zazwyczaj z młodszymi od siebie. Zresztą lot Grzesia do dziś nie był doskonały – znosiło go trochę w lewo, więc musiał nadrabiać mocniejszym i częstszym biciem skrzydła z tej strony. Grześ miał też tendencje do bycia „ciapowatym” – jak to zresztą sam określał. Czasem w karmniku tym dłuższym skrzydłem szorował po podłodze i rozrzucał pozostawione przez inne ptaki resztki. Zdarzało mu się uderzyć skrzydłem stojącego obok wróbla – pewnie nie częściej niż innym, ale jakoś Grzesiowe wypadki się dłużej pamiętało.
To wszystko sprawiało, że Kuba i Szymon woleli nie być w karmniku, wtedy gdy odwiedzał go Grześ.
Przez cały dzień (który – jak to zimą – nie był zbyt długi) Kuba z Szymkiem latali nad „ich” osiedlem. Latali to zresztą za mało powiedziane – oni fikali koziołki w powietrzu, gonili się, chowali, nawoływali, przećwierkiwali… Zmęczeni tymi szaleństwami spali potem całą noc jak susły.
Rankiem znowu spotkali się w karmniku. Niestety, dziś zaopatrywała go mama dziewczynki i wsypała do niego czerstwy chleb pokrojony w duże kawałki. Gawrony wydziobały już wszystkie w miarę miękkie okruchy ze środka bochenka, dla wróbli została jedynie twarda skórka chlebowa. Kuba z Szymkiem powoli rozdziobywali ją na mniejsze kawałki. Była to ciężka praca, więc byli na niej bardzo skoncentrowani. Nie zauważyli więc gościa w karmniku.
- Hej, witajcie – usłyszeli znajomy głos Grzesia.
Kuba spojrzał na znajomą postać, gdy nagle…
- Grrr… guuu… grr… - wydobywało się z dzioba Szymka. Jego policzki stały się czerwone, oczy zaszły mu łzami. Kuba zrozumiał, że Szymon zakrztusił się skórką od chleba. Chciał mu pomóc, ale nie za bardzo wiedział, co ma zrobić.
Grześ szybko podskoczył do Szymka i nagle… uderzył go z całej siły z tyłu. Aż odpadło kilka piórek! Kuba był z jednej strony zaskoczony, a z drugiej bardzo zły. Co ten Grześ sobie myśli? Że może bić innych, bo są akurat słabsi w tym momencie? Ciekawe, czy by tak Grześ próbował uderzyć Szymona, gdy temu nie brakowało akurat tchu?
Ale, ku zdziwieniu Kuby, z gardła Szymka wydobyło się wielkie westchnienie, a jego policzki zaczęły wracać do normalnego, brązowo-szarego koloru.
- Dziękuję, Grzesiu – wysapał Szymon.
- Nie ma sprawy – odparł Grześ. – Moja młodsza siostra kiedyś się zakrztusiła pestką od czereśni i widziałem, jak mamusia ją w ten sposób ratuje.
Powiedziawszy to, Grześ nachylił się nad pozostałościami po skórce od chleba i zaczął je starannie dziobać.
Kuba poczuł się bardzo niezręcznie. – A ja podejrzewałem go o najgorsze – pomyślał sobie. – A on tymczasem chciał tylko pomóc Szymkowi! W zasadzie uratował go!
W karmniku zapanowała cisza, przerywana jedynie rytmicznymi odgłosami Grzesiowego dziobania. Jakoś ani Kubie, ani Szymkowi odechciało się jeść, pomimo tego, że niewiele dziś zdążyli skosztować.
- Nie wiedziałem, że masz rodzeństwo – pierwszy odezwał się Szymon. Jego oczy nadal były wilgotne.
Grześ przerwał na chwilę konsumpcję. Spojrzał na Szymka, upewniając się, że na pewno do niego było skierowane to zdanie.
- Tak, moja młodsza siostra chodziła do tej samej klasy, co twój brat – odpowiedział spokojnie. Po czym znowu powrócił do jedzenia.
- No tak – powiedział Szymon. Bo cóż więcej można było powiedzieć.
Kuba patrzył na nich i nagle wpadł na świetny pomysł.
- Grzesiu, długo jeszcze będziesz tak dziobał? – spytał.
- Nie – odpowiedział wróbelek, przełykając ostatni kęs i wycierając dokładnie swój dzióbek.
- To może przelecisz się z nami po osiedlu? To znaczy… – zawahał się. – Jeśli nie miałeś innych planów…
Grześ spokojnie popatrzył na nich.
- No, w zasadzie mogę dziś z wami się pobawić. To gdzie lecimy?
- Na plac zabaw! – wykrzyknął Szymon. – Dzieci wczoraj postawiły tam pięknego bałwana! Sprawdzimy, czy dziś jeszcze stoi.
I polecieli we trójkę na osiedlowy plac zabaw. Tam pobawili się trochę w ganianego. A potem poszybowali sprawdzić, jak wyglądają nowe sople lodu zwisające z dachu supermarketu. Poćwierkali trochę nad głowami klientów sklepu, po czym uciekli przed wymachującymi patykami ochroniarzami.
- Wiesz, mamo – powiedział wieczorem Kuba, kiedy kładł się spać. – Super dziś się bawiłem z Szymkiem i Grzesiem?
- Z Grzesiem? A który to kolega? – spytała mama.
- Jakby ci go opisać… - zastanowił się Kuba. – Hm… już wiem, jego młodsza siostra była w tej samej klasie, co brat Szymka.
- Ach, już kojarzę – odparła mama. – Śpij słodko.
I pocałowała go na dobranoc.

 

następna bajka: "Kubuś w krainie szeryfów"