Jak ślimak Maciuś został jubilerem


Żył sobie na afrykańskiej sawannie potężny lew o imieniu Longin. Był królem zwierząt. Bardzo kochał swoją małżonkę Luizę. Z okazji jej urodzin ogłosił: Niech wszyscy poddani pragnący uczcić królową w dniu jej święta własnoręcznie sporządzą dla niej biżuterię!
Wieść tę rozgłosiły po całej okolicy szybkonogie strusie. Mieszkańcy sawanny ochoczo zabrali się do pracy. Pawiany zrywały najpiękniejsze owoce i nawlekały na długie pnącza, tworząc korale.  Mała myszka ucięła ząbkami źdźbło trawy i zręcznymi łapkami przetykała je przez środki drobnych, kolorowych kwiatków. Powstała z tego nieduża bransoletka, w sam raz do założenia na lwie ucho. Żółte ptaszki zwane wikłaczami wykonywały pracę zbiorową- za pomocą swoich zwinnych dziobków przeplatały listki i gałązki, tworząc misterną kulę. Zwykle taka kula była wiszącym na drzewie gniazdem wikłacza, lecz tego wieczoru miała ozdobić szyję królowej.
Wśród radosnego krzątania tylko jeden ślimak Maciuś był smutny. On również kochał króla i królową i bardzo chciał im to okazać. Nie wiedział jednak, jak to zrobić. Nie miał paluszków ani dziobka. Miał tylko dużą, miękką nogę, dzięki której pełzał po ziemi, dwie pary delikatnych rożków na głowie i muszlę na grzbiecie. Nie potrafił niczego upleść ani nawlec. Nie potrafił zrobić dla królowej nawet pierścionka! Właśnie dlatego było mu tak smutno.
Maciuś popłakiwał żałośnie, gdy nagle ujrzał pochylającą się nad nim ogromną szarą trąbę słonia.
-Dlaczego płaczesz, ślimaczku?- zapytał olbrzym, w którego wielkim ciele kryło się równie wielkie serce.
-Ach, słoniu- zaszlochał Maciuś- czy ty jesteś jedynym zwierzęciem na sawannie, które nie słyszało o urodzinach królowej Luizy? Czy nie robisz dla niej biżuterii?
-Już skończyłem, spójrz!- i słoń Bartek pokazał swoje dzieło- koronę sporządzoną z mchu, patyków i kwiatów.
-Jest piękna- westchnął Maciuś, połykając łzy- Ale ja tak nie umiem. Nie mam rąk. Mam tylko tę jedną nogę, która do niczego się nie nadaje! Ty masz wprawdzie nogi jak słupy, lecz twój nos jest bardzo długi, silny i zwinny. Takim nosem można zrobić wszystko!
W tym momencie słoń Bartek chwycił delikatnie Maciusia między koniuszki swej trąby i podniósł do góry, aby go lepiej widzieć.
-Posłuchaj mnie, ślimaczku- powiedział łagodnie- W królestwie zwierząt każdy jest inny. Każdy z nas jest niepowtarzalny. Może zrobić coś, czego nikt inny nie zrobi. Albo odwrotnie- nie potrafi czegoś, co wszyscy potrafią. Ja na przykład, jako jedyny ssak nie umiem skakać- na potwierdzenie tego Bartek wykonał kilka niezgrabnych ruchów przykucając­­, a potem szybko podnosząc to jedną, to drugą nogę. Maciuś mimo woli uśmiechnął się.
-Nie nauczą mnie tego nawet w cyrku! Ale jestem też jedynym na całej sawannie, który potrafi stanąć na głowie- teraz Bartek odłożył ostrożnie ślimaka na ziemię, by zademonstrować tę trudną sztukę. Gdy wszystkie słoniowe nogi zastygły już w powietrzu Maciuś wykrzyknął pełen podziwu. Wyobraziwszy sobie jednak, co może się z nim stać, gdy wielkie nogi runą z powrotem na ziemię, prędko zaczął się wspinać na drzewo.
 -Widzisz, Maciusiu- powiedział słoń, gdy opadł już na trawę- twoja noga wcale nie jest do niczego. Przecież wspaniale cię nosi! Wydziela śluz, który cię przykleja do podłoża i wygładza ci drogę. Pełzasz sobie po drzewach i wcale nie spadasz. To jest dopiero sztuka!
-Tak, masz rację- rozpogodził się wreszcie ślimak- dziękuję ci, mądry słoniu.
Maciuś pożegnał się z Bartkiem i ruszył w stronę siedziby króla. Do przyjęcia urodzinowego było jeszcze dużo czasu, ale przecież ślimaki chodzą w ślimaczym tempie... Po drodze Maciuś rozmyślał, jakie szczególne cechy wyróżniają go spośród innych zwierząt.
-Hm, mam tarkę składającą się z tysięcy zębów. Swój domek zawsze noszę ze sobą na grzbiecie. Wytwarzam śluz, dzięki któremu mogę przejść nawet przez żyletkę i nic mi się nie stanie... Mój śluz znaczy trasę po której szedłem. Gdy wyschnie, pięknie lśni w słońcu perłowym blaskiem. Lśni... perłowym blaskiem? Ojej! A gdyby tak...
Maciusiowi aż dech zaparło na myśl o tym, co mógłby zrobić. Przyspieszył więc i zniknął między trawami.
Tymczasem słoń Bartek pasł się zrywając z drzew owoce i liście. Każdego dnia musiał czynić to przez wiele godzin, aby napełnić swój ogromny żołądek. Dopiero pod wieczór przerwał to zajęcie, zatrąbił donośnie i ruszył do królewskiej siedziby. Ze wszystkich stron zdążały tam już małpy, zebry, żyrafy, marabuty, strusie i serwale. Niosły ozdoby wykonane ze skarbów sawanny.
Król Longin uśmiechał się witając przybyłych gości. Jego żona z zadowoleniem przymierzała przyniesioną biżuterię. Na koniec słoń Bartek złożył pokłon i przystroił skroń lwicy swoją kwiatową koroną. Rozległ się pomruk uznania. W tym momencie wieczorne promienie słońca przedarły się przez pobliską kępę drzew i oświetliły postać Luizy. Jej sierść zalśniła jakby cała przyozdobiona delikatną plecionką z diamentów. Ze wszystkich piersi wydobył się okrzyk zachwytu.
-Wspaniałe!
-Niezwykłe!
- Godne królowej!
-Któż jest tym zdolnym złotnikiem, który tego dokonał?
-To ślimak Maciuś- odezwała się słodko Luiza, dotykając nosem małe, drżące ze szczęścia stworzenie, przycupnięte tuż obok potężnej królewskiej łapy – przez całą moją popołudniową sjestę pracował nad tą fantazyjną biżuterią, pełzając po moim futrze. Wszędzie, gdzie przeszedł, zostawił perłowy ślad.
-Maciusiu- odezwał się król Longin, podnosząc z trawy swe potężne ciało- mianuję cię naszym nadwornym jubilerem!
Tańcom i radości nie było końca. Pośród zabawy ślimak Maciuś wspiął się na trąbę słonia i szepnął mu wprost do ucha:
-Przyjacielu, dzięki tobie nauczyłem się ważnej rzeczy. Zamiast martwić się i narzekać, lepiej zrobić dobry użytek z tego, co się ma. Wtedy nawet ślimak może zostać jubilerem!

 


następna bajka: "Ja przecież też potrafię"