JAŚ I ZACZAROWANA BABCIA.

 

Nazywam się Jaś i mam 7 lat.
7 lat to wystarczająco dużo, żeby móc chodzić do szkoły, ale o wiele za mało, żeby zrozumieć dorosłych. Tak przynajmniej uważam.
Wczoraj, przydarzyła mi się niesamowita historia. Wiem, że nikt by mi w nią nie uwierzył, dlatego trzymam ją w najgłębszej tajemnicy.
Siedziałem sobie rano, na ławce w pobliżu placu, na którym bawiły się chłopaki z osiedla i patrzyłem na piłkę, która śmigała w powietrzu jakby była samolotem.
Słyszałem jak chłopaki krzyczą do siebie: Podaj do mnie! Ale z ciebie fajtłapa!
Nawet nie było mi smutno. No, może trochę. Przyzwyczaiłem się do tego, że nie mogę bawić się tak, jak inne dzieci, choć moja mama uważa, że nie różnię się niczym od innych. Bardzo kocham moją mamę, ale w tym się z nią nie zgadzam.
A wszystko przez moją rękę: nie urosła, palce są ledwo widoczne. Już wolałbym mieć odstające uszy, przynajmniej nie musiałbym ich cały czas oglądać.
No, więc tak siedziałem i patrzyłem, a zdrową ręką prowadziłem po ławce nowiutkie autko, które dostałem od taty za piątkę z czytania. Mamie się nie spodobało, że tata daje mi prezent za to, co należy do moich obowiązków, ale ja wiem, że ona się cieszy wtedy, kiedy i ja się cieszę.
Nagle poczułem dmuchnięcie ciepłego wiatru. Odwróciłem głowę i zobaczyłem babcię siedzącą obok. To znaczy nie moją babcię, tylko jakąś babcię, która patrzyła na mnie i uśmiechała się tak, jak tylko babcie potrafią się uśmiechać.
Zdziwiłem się, bo nie słyszałem, żeby ktoś zbliżał się do ławki, a słuch mam przecież bardzo dobry.

- Dlaczego nie grasz z nimi w piłkę? – zapytała babcia.
Akurat na to pytanie nie chciałem odpowiadać.  
- Ale pani cicho chodzi, jak się tu pani znalazła?
- Przywiał mnie wiatr – powiedziała staruszka i zaczęła się śmiać serdecznie. – Pojawiam się w mgnieniu oka tam, gdzie mnie ktoś potrzebuje.
- A kto pani teraz potrzebuje?
- Ty – powiedziała patrząc na podwórkowy mecz, choć moim zdaniem nie działo się tam nic interesującego.
- A do czego miałbym pani potrzebować? – zapytałem mocno zdziwiony, chowając jednocześnie niezgrabną rękę do kieszeni.
- Przede mną nic nie ukryjesz – odezwała się znowu  tajemnicza pani. – Nie jestem taką zwykłą babcią. Pochodzę z Krainy Fantazji. Potrafię spełniać życzenia dzieci.
- Naprawdę? – aż poderwałem się na równe nogi. – Wszystkie?
- Nie. Tylko niektóre... czasem...
- Eee tam – usiadłem rozczarowany. – Mojego nikt nie potrafi spełnić.
- A czegoś byś pragnął?
- Chciałbym... chciałbym być taki, jak inne dzieci...
- Czyli jaki? – ponieważ nic nie mówiłem, zaczęła zgadywać. – Chudy? Gruby? Wysoki? A może niski? Wysportowany? Grzeczny? Nie? Rozrabiaka? – a że za każdym razem kiwałem przecząco głową, zgadywała dalej: –  Mądry? Silny? Muzycznie uzdolniony? Dobry w piłkę? No, chyba nie fajtłapa?
- Nie o to chodzi! – zdenerwowałem się w końcu.
- Dobra, poddaję się! – powiedziała.
- Chciałbym mieć wielu kolegów, móc grać z nimi w piłkę, bawić się.
- Nie umiesz grać w piłkę? – zdziwiła się babcia.
- Umiem, ale... – i wtedy pokazałem jej moją rękę.
- Hmm... – powiedziała – a więc to jest powód twojego zmartwienia. Twoje ręce nie są sprawne?
- No, niezupełnie. Tylko jedna. I to nie całkiem. To znaczy ta jest mniejsza i mniej sprawna, ale i tak całkiem dużo potrafię nią robić. A druga jest zupełnie zdrowa. Nawet umiem nią już pisać – dodałem z dumą.
- No to nic z tego nie rozumiem. Nie dość, że do przyjaźni i gry w nogę nie potrzeba ręki, to jeszcze mówisz, że ta chora wcale nie jest taka do końca chora. To w czym problem?
Wtedy pomyślałem: Ojejku! To ma być Zaczarowana Babcia? Ależ ta babcia nic a nic nie rozumie! Jak ona może pomagać dzieciom?
- I tak tego nie zrozumiesz – powiedziałem głośno - Ale gdybym miał zdrowe ręce jak inne dzieci, wtedy byłbym naprawdę szczęśliwy.
-Nie mogę cię uzdrowić, takiej mocy w sobie nie mam, ale mogę cię zabrać do wspaniałej    Krainy Fantazji, skąd pochodzę. Jak długo tam będziemy, tak długo będziesz miał obie ręce zupełnie zdrowe.
- Ale rodzice nie pozwalają mi się oddalać od domu - zasmuciłem się nie na żarty.
- Mają rację. Tylko że my, oddalimy się w taki sposób, że nikt nie zauważy, że nas nie ma.
- Jak to? – spytałem.
- Zamknij oczy i wypowiedz zaklęcie:  

„Ciepły wietrze z południa wiej,
w Krainę Fantazji wprowadzić mnie chciej.”

Kiedy je otworzyłem, musiałem je aż przetrzeć z niedowierzania!
Na czekoladowych drzewach szeleściły cukierki zamiast liści, tuż obok mnie tryskała fontanna najprawdziwszej oranżady, a trochę dalej płynął strumyk soku malinowego.
Chmury z waty cukrowej unosiły się tak nisko nad ziemią, że gdy wyciągnąłem rękę, to udało mi się zerwać kłębuszek obłoczka i wziąć go do buzi. Przepyszny! Poza tym wszędzie było mnóstwo bawiących się dzieci, wokół fruwały ptaki tak kolorowe, że papuga ara to przy nich... zwykła szara myszka! Naprawdę! Jak bum cyk cyk!
Zerknąłem na ręce. Obie były zdrowe! Tylko, że... wszystkie dzieci w Krainie Fantazji miały jedna rękę krótszą, jak ja wcześniej!
- Biegnij do dzieci – zachęciła mnie z uśmiechem Zaczarowana Babcia. – Stojąc z boku nigdy ich nie poznasz.
- Oszukałaś mnie! – krzyknąłem oburzony.
- Co ty mówisz? Przecież spełniłam twoje marzenie – powiedziała babcia spokojnie, jakby nic się nie stało.
- Ale te dzieci mają takie ręce jak ja wcześniej!
- To tobie ręka przeszkadzała w zabawie i przyjaźni. Nie im.                               
- Ale to jest oszustwo! Nie tak miało być! Tu też jestem... no... inny!...
- Aha! Więc o to chodzi! Rezygnujesz z zabawy bo czujesz się inny?
- Boję się, że dzieci mnie nie polubią, że będą się śmiać ze mnie, jak Franek.
- Franek ci dokucza?
- On wszystkim dokucza.
- Sam widzisz, że nie tylko tobie.
- Ale gdybym miał zdrową rękę to...
- ... to dokuczałby ci z innego powodu, bo przecież on taki już jest – dokończyła babcia.
- Ale ja widzę, że jestem inny.
- Każdy jest inny. Jak długo żyję, nie widziałam dwójki takich samych dzieci, nawet bliźnięta trochę się różnią między sobą. Od ciebie zależy, co zrobisz ze swoją innością.
Nie bardzo rozumiałem co to wszystko znaczy, ale czułem, że moja złość na babcię topnieje jak lód, pod wpływem ciepłych promyków słońca.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Powiedziałeś, ze chora ręka przeszkadza ci w znalezieniu przyjaciół. Mnie się wydaje,
  że nie to. Chciałam, abyś sam się przekonał.
- To czemu nie mam kolegów?
- Bo ich nie szukasz. Stoisz zawsze z boku i tylko się przyglądasz.
- Bo oni potrafią być bardzo niemili.
- Aż tak źle o nich myślisz?
- Nie...
            Wtedy przypomniałem sobie Maćka, co najlepiej strzela gole, Jarka, który zawsze się wygłupia, przemądrzałego Julka, co zawsze chce rządzić i wszystko wie najlepiej i Stasia, co nosa z książek nie wyciąga. Chyba za nimi wszystkimi zatęskniłem.
I wtedy zerwał się wiatr. Zamknąłem oczy, a gdy się uciszył, zobaczyłem, że znów jestem na swoim starym placu zabaw. Nie wiecie, jak się ucieszyłem! Od razu popędziłem do chłopaków na boisku. Trochę się denerwowałem: co będzie, jak nie będą chcieli ze mną grać, będą pytać o rękę albo (co gorsze!) wyśmieją mnie.
Ale oni zadali mi tylko jedno pytanie, i to takie, na które byłem kompletnie nieprzygotowany:

W KTÓREJ DRUŻYNIE CHCESZ GRAĆ?

Yuhuu!!!

 


następna bajka: "Jaś o czterech paluszkach"