Była sobie owca…

Dawno, dawno temu za olbrzymią, sięgającą chmur górą, pomiędzy Wiecznie Starym Lasem a Gorącą Złocistą Pustynią, leżała bajeczna kraina, trawą i mleczem płynąca, czyli Zielona Polana. Najważniejszą owcą na polanie był brodaty król Julian i potężna królowa Anastazja. Rządzili razem utrzymując królestwo w dobrobycie i spokoju. Dookoła pałacu rzędami stały równo ułożone, zadbane zagrody. W zagrodach tych mieszkały różnokolorowe owce i baranki. Młodsze chodziły do szkółki, a ich rodzice na różne sposoby dbali o Zieloną Polanę. W tejże społeczności żyła sobie owieczka o imieniu Molly.


Molly była śnieżnobiałą owcą z rozkosznym, czarnym pyszczkiem i uroczymi ciemnymi, jak smoła kopytkami. Na pierwszy rzut oka nic, poza dziwnym znamieniem w kształcie róży na policzku, nie odróżniało jej od reszty. Chodziła do szkółki, miała zagródkę, w której mieszkała z rodzicami i sznurowane buciki, które zakładała w niedzielę. Jednak nie wszystko było takie piękne
jakby się wydawało.
Molly oprócz znamienia miała także drżące kopytka. W szkółce dzieci nie lubiły jej, nie chciały się z nią przyjaźnić i często przezywały ją z powodu jej choroby. Nie miała koleżanek, a rodzice często pracowali do późna i nie mieli dla niej czasu.


Molly od najmłodszych lat miała problemy z drżącymi przednimi kopytkami, z tego powodu nie potrafiła ładnie pisać i była przez wszystkich wyśmiewana. Często po powrocie ze szkoły chowała się w rogu zagrody i płakała z tego powodu. Bardzo się tym przejmowała. Na szczęście Molly miała swoją pasję. Zawsze po południu udawała się na łąkę. Kochała biegać i robiła to z nieukrywaną przyjemnością, mimo trudności z drżącymi kopytkami. Gdy pędziła między zielonymi źdźbłami zapominała o wszelkich przykrościach, problemach i troskach, ponieważ liczył się tylko bieg. Dzięki temu miała najlepsze wyniki z wychowania fizycznego, a rówieśniczki zazdrościły jej.



Na Zielonej Polanie o każdej porze roku fruwały kolorowe motyle, które dzieliły się na złote i królewskie. Te drugie były najpiękniejsze i najbardziej szlachetne. Było ich niewiele i mało kto mógł je zobaczyć, a co dopiero mieć. Posiadanie królewskiego motyla było naprawdę wielkim zaszczytem. Każda owieczka i każdy baranek marzył o posiadaniu takiego motylka. Nic więc dziwnego, że Molly stanęła jak wryta, gdy pewnego słonecznego dnia biegnąc przez łąki ujrzała jednego, który przysiadł na ławce niedaleko kamiennego wzgórza.


"Tak bardzo chciałabym go mieć, wreszcie byłabym lubiana. Pobiegnę tak szybko jak tylko mogę i złapię go. Uda mi się." Przyrzekła sobie w głębi duszy, podkradła się jak najbliżej motylka. Gdy dzielił ją od niego niewielki odcinek, Molly zaczęła biec. Pędziła na łeb, na szyję po zdobycz. Nagle zupełnie niespodziewanie na drodze pojawił się korzeń, kopytka zadrżały jej, przewróciła się lądując pyszczkiem w trawie tuż przed samą ławką.


Przestraszony motylek odleciał.
Obolała Molly z trudem wstała i nieszczęsna usiadła na ławkę. Rozpłakała się i zakryła obity
pyszczek kopytkami. „I tym razem moje kopytka zawiodły; dlaczego?!” Pomyślała.


-Nic ci nie jest owieczko? Usłyszała melodyjny chłopięcy głos za swoimi plecami. Gdy się odwróciła ujrzała czarnego jak węgiel baranka. Okazało się, że miał na imię Luffy. Po krótkiej rozmowie zabrał Molly do szpitala. Pan Doktor stwierdził, że owieczka, jeśli chce wyzdrowieć musi przez pewien czas zostać w swojej zagrodzie. Luffy często ją odwiedzał. Przynosił jej kwiaty i świeżą trawę. Opowiadał jej bajki i był dla niej miły. Molly nie mogła zrozumieć, dlaczego poświęca jej tyle czasu.

Gdy Molly wyzdrowiała, Luffy zaczął zabierać ją na wycieczki. Chodzili na łąkę, na której zbierali najładniejsze mlecze, a potem jedli je ze smakiem. Często urządzali sobie zawody w bieganiu i w przeskakiwaniu nad kałużą. Zmęczeni padali na soczystą trawę i patrząc w chmury prześcigali się w

pomysłach na skojarzenia.

Gdy już odpoczęli bawili się w chowanego na polu kukurydzy. Następnie szli do Starego Lasu i tropili

ślady dzikich zwierząt lub bawili się w podchody. Nie raz i nie dwa, kiedy noc zastała ich na jakimś wzgórzu, siedzieli i patrzyli na migocące na niebie gwiazdy. Zastanawiali się wtedy czy figlarny los wie jak bardzo ich uszczęśliwił. Którejś z gwiezdnych nocy na wzgórzu Luffy wyznał coś Molly. Tego dnia, kiedy po raz pierwszy ją zobaczył urzekły go jej smutne, a zarazem tak piękne szmaragdowe oczka, jakich nigdy wcześniej nie widział. Dużo rozmawiali, i tulili się do siebie jak nie z zimna, to z czułości. Nie ważne już były dla Molly niepowodzenia i szkoła. Na cóż jej teraz były troski i zmartwienia, jeśli miała Luffiego przy boku. Baranek z dnia na dzień wydawał się coraz zabawniejszy, milszy i bardziej czuły.


Pewnej nocy, kiedy księżyc był w pełni Luffy zapytał:

-Molly? Wiesz skąd masz to znamię?
-Mama mówiła mi coś o tym jak byłam malutka, ale nie pamiętam już, co to było - odpowiedziała.
-Skądś je znam - Powiedział Luffy, po czym się zamyślił.

Kilka dni później, gdy Molly szła
do szkółki dogonił ją i rozentuzjazmowany powiedział:
-Wiem! To znamię królewskie. Ma je na pyszczku Król Julian. Dokładnie takie samo jak twoje. Molly! Jak Ty się uchowałaś nie wiedząc, że jesteś rodowitą dziedziczką tronu Zielonej Polany?


W następne lato, o tej samej porze Molly i Luffy objęci, spoglądali na rozległe łąki Zielonej Polany z balkonu królewskiego pałacu. Królowa stała się bardzo lubiana i szanowana przez społeczeństwo, także przez władców sąsiednich krain. Nikt już nie zwracał uwagi, na drżące kopytka królowej, liczyło się tylko jej dobre serce. Troszczyła się o sprawy mieszkańców Zielonej Polany i bardzo o nich dbała. Serduszko owieczki przepełniała nieopisana radość i szczęście. Pomimo wielu niedogodności wreszcie wyszła na owczą prostą. A pomyśleć, że to wszystko dzięki wystającemu korzeniowi.


Nigdy się nie poddawaj. Nie ważne ile przeszkód przed tobą, wierz w to, co robisz i znajdź w tym pasję. Ona Cię uszczęśliwi.



następna bajka: "Czarodziejskie kwiaty"