Ballada o braciach syjamskich

 

Ze czterdzieści temu lat

Przyszli razem na ten świat

Syjamscy bracia: niby dwóch

Lecz po prawdzie – jeden zuch

 

To jest stan cokolwiek rzadki

Choć zdarzają się przypadki

By rodzeństwo urodzone

Z sobą było połączone

 

Ojciec, matka tych nicponi

Byli w szoku, no bo oni

(Ich synowie) całkiem mali

W jednym ciele sobie trwali

 

Lekarz też załamał ręce

Krzyknął: „Działać jak najprędzej

By rozdzielić te berbecie

Stan ten im zagraża przecież!!!”

 

Medycyna w czasie owym

Bo to problem był nienowy

Dzieciom, co jak te sczepione

Niosła pomoc i ochronę

 

Działo się to w mieście Kłaj

Wójt miał problem: „Jeden? dwaj?

Ilu chłopców wpisać mam

W księgi gminne? Niezły kram!”

 

Ze szpitala gminy Kłaj

Poszła wieść na cały kraj

Że przypadek ciężki ów

Godny wsparcia bez dwóch słów

 

Operacji podjął się

Specjalista, doktor T.

I rozdzielił jedno ciało

Prawie wszystko się udało

 

Prawie! Chłopców znieczulono

Chirurgicznie rozdzielono

Lecz (cóż będę opowiadał)

Każdy jedną ręką władał

 

Gdy odcięto syjamskich braci

Do myślenia niech to da ci:

Jeden chłopiec – ręka prawa

Drugi – lewa, przykra sprawa

 

Gdy rodzice ochłonęli

Po tym szoku, odetchnęli:

Grunt, że żyją ich dzieciaki

Że bez rączek? Cóż, los taki!

 

Teraz mogli im dopiero

Nadać z tą intencją szczerą

Obu chłopcom – dwa imiona

Przedtem? Rzecz to wykluczona

 

Matka, ojciec między sobą

Rozważali kwestię ową

I bez zbędnych ceregieli

Problem szybko rozstrzygnęli

 

Chłopiec, co miał prawą rękę

Od tej chwili zwał się Przemkiem

A ten z lewą, dla jasności

Będzie Leszkiem, można prościej?

 

Jednak w sercach tlić się miała

Tych dwóch chłopców z wadą ciała

Gorycz, co tu gadać wiele

Fakt: „Duch zdrowy w zdrowym ciele”

 

Więc dzieciństwo, młode lata

Utrapienia niosły zatem

I Leszkowi, i Przemkowi

Biedni byli chłopcy owi

 

Na podwórku czy też w szkole

Być nie mogli w swym żywiole

Mecz nie dla nich czy igrzyska

Nie zaklaszczą przy ognisku

 

Rówieśnicy bez litości

Nieraz drwili z ich słabości

Chłopcy zęby zacisnęli

Ze słabością bój podjęli

 

Wpadli na tę myśl przytomną

Że naturę swą ułomną

Zmienią, tak jak słabe ciało

W wielki atut, jakich mało

 

Zrozumieli te mądrości

Że ich siła tkwi w jedności

Więc się uzupełniać muszą

Wtedy swe słabości skruszą

 

Nie zważając na docinki

Na szyderców podłych kpinki

Rozpoczęli sport trenować

Bez rąk? Proszę nie żartować!

 

Tak, naprawdę! Sport przyjemny

Niby jaki? Tenis ziemny!

We dwóch? Jak to? Zaraz, zaraz...

Debla grali, czyli w parach

 

Czy na korcie, czy na hali

Sport ten wnet opanowali

Pięli się w rankingach licznych

No, a grali wprost prześlicznie

 

Przy czym (trzeba tu nadmienić)

Chłopcy grając w ziemny tenis

Tym rywali przewyższali

Że ich ręce jak ze stali

 

Ale o co niby chodzi?

Mocni, skoro tacy młodzi?

Siła na dwie ręce dana

U nich w jedną jest schowana

 

Tenisiści, których mrowie

Co rakietą tną (nie powiem)

Chociaż dobrzy – do ogrania

Serwis słaby, bez gadania

Lecz nie u tych tu chłopaków

Leszka z Przemkiem, dwóch chojraków

U nich serwis jak torpeda

Spróbuj przyjąć! Rady nie dasz!

 

I tak grając bez wytchnienia

Nabierali doświadczenia

Mocnych na nich próżno szukać

Wygrać z nimi wielka sztuka

 

Leszek lob posyła w górę

Rywal odbił, ale w chmurę

Lecz już Przemek ostro zetnie

Rywal tylko zaklął szpetnie

 

Wreszcie chłopców zaszczyt spotkał

(Nie trafili w totolotka)

Ciężką pracą zasłużyli

Wyróżnienia dostąpili

 

Tuzów zlawszy rzeszę całą

Grają finał w Roland Garros

Ich rywale to czempioni

Przedstawiamy – oto oni:

 

Pierwszy, mistrz Afryki – Oli

Forhend ma, że głowa boli

Drugi to Azjata – Fao

Cross posiada jakich mało

 

Gdy przy ryku w Roland Garros

Wyszli na kort: Oli, Fao

Zaś naprzeciw: Przemek z Leszkiem

Pełno było drwin, uśmieszków

 

Bo gdy rzecz tę ująć w skrócie

Od logiki trudno uciec:

Tam są cztery, tu dwie ręce

Tam wygrana, gdzie ich więcej!

 

Lecz widowni gwizd wnet ucichł

Kiedy Przemek piłkę rzucił

Oli odbił, ale w Fao

A publikę wręcz zatkało

 

Zaś mistrzowie urażeni

W dumie swej upokorzeni

Serwis biją. Punkt gotowy?

I co? Nic, aut serwisowy

 

Oli, Fao zemstą dyszą

Ale braw dziś nie usłyszą

Przemek podciął, Leszek ścina

Nikt im kroku nie dotrzyma

Już meczowa piłka bita

Leszek tnie jak koń z kopyta

Fao wpada na Oliego

Wszyscy razem na sędziego

Końca dobiegł wielki finał

Przemek złoty medal trzyma

Leszek mocno puchar dzierży

Wszyscy wiedzą, kto zwyciężył

 

Jaki morał z tej ballady?

Kiedy wiesz, że nie dasz rady

Kiedy los popalić da ci

Wspomnij żywot syjamskich braci


następna bajka "Baśń o Gollumie"