BAJKA O NIEZWYKŁEJ DZIEWCZYNCE

 

Dawno, dawno temu.. a może nawet nie tak dawno.. W niewielkim, ale jakże urokliwym miasteczku o wdzięcznej nazwie Pączki Wielkie, mieszkała sobie mała dziewczynka..

Chwila, ale czemu to miasto ma w nazwie Wielkie, skoro jest małe? no i dlaczego Pączki? Czyżby przez cały rok ludzie jedli tam te smakołyki? Na śniadanie pączki, na obiad pączki, na kolacje paczki? Pączki, pączki i tylko pączki? Nie, to niemożliwe! Tak się nie da!

Ale wróćmy do naszej historii! No dobrze, w takim razie jeszcze raz zaczynamy.

Niedawno, niedawno temu w miasteczku Pączki Wielkie mieszkała sobie dziewczynka

o imieniu Marcysia.

Marcysia co dziennie rano stawała przed lustrem i patrzyła na siebie z zadowolenie, za każdym razem powtarzając:

  • O! Jaka moja buzia dziś wesoła, a te warkoczyki jakie dziś śliczne, i sukienka! Pięknie wyglądam! Cudownie! Tylko ta rączka taka...Wyglądam jak potworek.

Tu Marcysi zawsze minka smutniała i zaczynała płakać. Dziewczynka urodziła się z wrodzoną

wadą lewej rączki. Wszystkie paluszki jednej dłoni były zrośnięte ze sobą.

Słysząc płacz Marcysi mama zawsze przybiegała na ratunek:

  • Marcysiu, nie płacz. Jesteś niezwykła! Jedyna taka na świecie, a ja nie zamieniłabym mojej małej Marcysi na sto Kaś czy Zoś. Przecież możesz tak, jak inne dzieci bawić się, biegać czy tańczyć. Jeśli tylko zapragniesz, możesz wszystko, niezależnie od twojej ręki.

  • Mamo, czy naprawdę mogę wszystko?- dopytywała się Marcysia

  • Tak, kochanie!

Po tych słowach następował mocny uścisk mamy i Marcysia wiedziała, że teraz wszystko musi być dobrze! Uścisk mamy był jak talizman przynoszący szczęście.

W to szczęście na pewno wierzyła Marcysia. Wyznawała tezę , że dzień bez „przytulańca” mamy jest dniem straconym.

Po tym wszystkim uśmiech zawsze wracał na buzię dziewczynki i raźnym krokiem wędrowała

z mamą do przedszkola. Mimo, iż co dzień trzeba było wcześnie wstać, Marcysia lubiła chodzić do swojego przedszkola „ Słodka chatka” w Pączkach Wielkich.

Przyznacie, że brzmi to przesłodko?

Nic dziwnego, że dziewczynka, tak jaki i inne dzieci chętnie tu przychodziła. Trzeba również wspomnieć, iż za każdym razem widok pani Asi, nauczycielki, powodował, że złe humorki oraz smutki chowały się gdzieś w kątach.

Wszystko było dobrze, do czasu, gdy pewnego razu tata po powrocie z pracy oznajmił, że za tydzień przeprowadzają się do Warszawy. Na te wieści Marcysia zaczęła skakać z radości, że zobaczy tyle nowych, fajnych rzeczy. Przecież Warszawa to nie to, co malutkie miasto jak Pączki Wielki, gdzie oprócz przedszkola i placu zabaw, nic nie ma. Jednak po chwili namysłu Marcysia posmutniała.

  • Nie cieszysz się?- zapytał tata

  • Cieszę.. to znaczy cieszyłam się do póki nie pomyślałam o moim przedszkolu, dzieciach i pani Asi. Tato, tam mnie wszyscy lubią i nie traktują inaczej tylko dlatego, że moja ręka inaczej wygląda, a w Warszawie już wszystko będzie inaczej- oznajmiła przez łzy.

W całym domu rozległ się płacz dziewczynki, która już nie chciała się wyprowadzać. Jednak decyzja zapadła.

Przyszedł czas pakowania zabawek. Marcysia cały czas popłakiwała.

  • Kochanie, zmiany w naszym życiu nie muszą wcale oznaczać niczego złego, zobaczysz!- tłumaczyła mama.- Bardzo kochamy tatę, zgadza się?

  • No tak, ale..

Tu mama przerwała Marcysi i kontynuowała.

  • Tata marzył o tej pracy. A jak się kogoś kocha, to chce się, żeby jego najbliżsi byli szczęśliwi, dlatego pomożemy tacie spełnić jego marzenie, dobrze?

  • Tak, mamo!- odpowiedziała Marcysia. Chyba już zrozumiała o co chodzi z tą miłością do innych. Przecież, jak marzyła o wyjeździe w góry, rodzice zrobili wszystko, by ja tam zabrać, mimo iż w domu się nie przelewało.

Przyszedł dzień pożegnań i wyjazdu. Od czasu rozmowy z mamą dziewczynka dzielnie znosiła każdą nową wiadomość związana z przeprowadzką, nawet o nowym przedszkolu „ Mały domek” które nie nazywało się już tak słodko, jak poprzednie.

Pierwszy dzień w nowym miejscu nie był dobry. W nowym przedszkolu był Jacek, który ze wszystkich się wyśmiewał. A to, że Zosia wylała zupę, a Franek miał dziurę w spodniach, no i też z Marcysi rączki. Pani Basia, wychowawczyni, tłumaczyła Jackowi, że to nie ładnie się z kogoś śmiać, a jeśli ktoś wygląda trochę inaczej niż inni, to nie znaczy, że jest gorszy. Jednak słowa pani Basi nie pomagały.

Marcysia wróciła z przedszkola zapłakana. Zarzekała się, że nigdy w życiu już tam nie pójdzie, ale na silne prośby mamy zgodziła się następnego dnia jednak pójść.

I oto co wydarzyło się tego dnia w przedszkolu. Kiedy Marcysia przyszła, wszystkie dzieci wyśmiewały się z Jacka i nikt nie chciał się z nim bawić. Chłopiec smutny siedział w kącie. Marcysia bez zastanowienia podeszła do niego i zapytała, co się stało. Jacek nie chciał z nią rozmawiać. Dziewczynka poprosiła Franka o wyjaśnienia.

  • Jacek dziś przyszedł bez dwóch zębów i to tych z przodu, i wszyscy się z niego śmieją - oznajmił Franek.

  • To nie ładnie się z kogoś śmiać- burknęła Marcysia. Szybko pobiegła po swoje nowe klocki i poszła do Jacka. Nie pytając go o zdanie zaczęła rozdzielać zadania.

  • Proszę, to są klocki dla Ciebie zbuduj z nich samochód i garaż, a ja z reszty zrobię dom.

Jacek ze zdziwioną miną posłusznie zaczął wykonywać zadanie. Buzie miał tak szeroko otwartą, że sięgała prawie podłogi, ale już po chwili oboje śmiali się z budowli, które wykonali. Samochód Jacka wyglądał bardziej jak niezidentyfikowany obiekt latający, a dom Marcysi jak buda dla psa.

  • Dlaczego się ze mną bawisz?- zapytał Jacek- Przecież byłem dla ciebie niemiły- dodał ze smutkiem w głosie.

  • Musimy sobie wybaczać. Teraz już sam wiesz, że nie ładnie jest się z kogoś śmiać, bo sytuacja może się odwrócić, a to wcale nie jest przyjemne.

  • Już nigdy nie będę się z nikogo śmiał! Przepraszam!

Od tego czasu Marcysia chętnie przychodziła do przedszkola, a Jacek stał się strażnikiem słabszych i nie pozwalała, by ktoś śmiał się z innych.


następna bajka: "Bajka o pajacyku"