"BAJKA"


Dawno, dawno temu, gdy po niebie latały smoki, a lasy pełne były jednorożców, krasnoludków, trolli i wróżek, w królestwie położonym nad skrzącym się srebrnymi barwami jeziorem, mieszkał młody książę. Przynosił on królestwu ogromną radość i dumę, ponieważ nie było na całym świecie tak odważnego i zręcznego rycerza jak on. Wielu wyzywało go na pojedynek, jednak wszyscy przegrywali. Królewicz zdobywał tytuł po tytule, pokonywał przeciwnika po przeciwniku… Jednak czegoś mu w życiu brakowało.

Bardzo często można było go spotkać spacerującego nad jeziorem i przyglądającego się jego delikatnie unoszącym się falom. Zamyślonego i nieobecnego. To zaczynało martwić króla. Wymyślał on więc coraz to nowsze atrakcje dla ukochanego syna. Wyprawiał huczne bale, na które zapraszał najpiękniejsze damy, organizował turnieje rycerskie i polowania. Nic jednak nie sprawiło, że na twarzy królewicza znowu pojawił się uśmiech.

Załamany król zaprosił na zamek czarownika. Myślał, że dzięki jego magicznym zdolnościom i eliksirom, królewicz wyzdrowieje.

Kiedy czarownik przybył, król zostawił go sam na sam, z królewiczem. Przez chwilę obydwaj milczeli. Czarownik ubrany w czarny płaszcz, z wielką, drewnianą laską w ręce, z pomarszczoną twarzą i bez jednego oka, po którym pozostała tylko biała blizna, wyglądał strasznie. Zupełnie inaczej od przystojnego królewicza, którego piękną twarz tym razem pokrywał cień smutku.

Po kilku minutach odezwał się królewicz:

- Nie pomożesz mi czarowniku. Nikt nie jest w stanie mi pomóc.

- To nieprawda. - odpowiedział czarownik. - Mogę ci pomóc jeżeli mi pozwolisz.

Królewicz spojrzał na niego uważnie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu królewicz powiedział:

- A jak chcesz to zrobić?

Czarownik uśmiechnął się przebiegle.

- Całe swoje życie drogi książę nie robiłeś nic innego oprócz treningu szermierczego. Potrafisz władać tak wspaniale mieczem, że nikt nie potrafi ci dorównać. Jednak nikt nie zna twojego sekretu.

Królewicz zadrżał.

- A ty go znasz? - zapytał.

Czarnoksiężnik przytaknął i spojrzał mu głęboko w oczy.

- Co by było drogi książę, gdybyś jednak miał obie dłonie?

Królewicz spojrzał na swoją sztuczną prawą dłoń, która ukryta pod rękawicą wyglądała jak normalna i zamyślił się.

Znowu między mężczyznami zapanowało milczenie.

- To właśnie to jest przyczyną twojego zmartwienia, mój panie. - mówił czarownik. - To, że martwisz się, że nie zechce cię żadna księżniczka, jeżeli nie będziesz miał normalnej dłoni.

Książę spojrzał na czarownika z przerażeniem.

- Niesamowite… - wyszeptał. - Masz rację. I mówisz, że jesteś w stanie zamienić moją sztuczną dłoń w prawdziwą?

- Tak, ale…

- Ale?

- Ale będziesz musiał też mi trochę w tym pomóc. - uśmiechnął się diabolicznie czarownik.

- Zrobię wszystko co w mojej mocy! - wykrzyknął następca tronu.

Czarownik patrzył na niego uważnie i mówił:

- Dobrze. W takim razie, musisz przynieść mi magiczny, złoty włos księżniczki, która mieszka w Szklanym Zamku na szczycie Chmurnej Góry. Tylko z tego włosa, mogę sporządzić eliksir, który cię uleczy. Ale pamiętaj: to będzie niebezpieczna podróż. Musisz przeprawić się przez Bezdenną Rzekę, pokonać Las Węży, przechytrzyć krwiożerczego trolla i stawić czoła smokowi.

Królewicz wysłuchał wszystkich instrukcji czarownika i napełniony nadzieją ruszył zacząć przygotowania do swojej długiej i niebezpiecznej podróży, którą miał zacząć następnego ranka.

Wyruszył o świcie. Najpierw, na grzbiecie swojego białego wierzchowca przejechał przez złociste pola, potem przez gęsty las, by w końcu trafić na pierwszą ciężką przeszkodę: Bezdenną Rzekę. Nie bez powodu nosiła ona taką nazwę. Była bowiem tak głęboka, że ten kto do niej wpadł już nigdy z niej nie wypływał. Królewicz zatrzymał się na brzegu i zsiadł ze swojego konia. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zastąpić mu most. Jednak nie mógł nic takiego dostrzec. Postanowił więc, że wejdzie do lasu i tam coś znajdzie. Przywiązał konia do najbliższego drzewa i sprawdzając, czy nadal ma miecz przypięty do pasa, wszedł pomiędzy drzewa. Rozglądając się w poszukiwaniu czegoś mostopodobnego, zupełnie stracił poczucie czasu i nie zorientował się, że zaszedł już bardzo daleko od brzegu rzeki. Zauważył to dopiero kiedy niebo stało się ciemne i słońce powoli ustępowało miejsca księżycowi. Zadrżał z zimna i usiadł na ziemi. Dookoła panowała cisza. Słychać było tylko szum potrącanych wiatrem liści. Nagle, królewicz usłyszał trzask łamanych patyków zza krzaków. Natychmiast złapał za rękojeść miecza i przygotował się do walki. Ustawiony w bojowej pozycji, czekając aż zza krzaków wyłoni się krwiożerczy przeciwnik. Wyobraźcie sobie jego zdumienie, kiedy zza drzew nie wyszedł wcale ogromny, drapieżny zwierz, tylko malutki krasnoludek w czerwonej czapeczce. Z przerażeniem patrzył na wyciągającego w jego kierunku ostry miecz królewicza.

Przez chwilę obaj byli zdezorientowani i przyglądali się sobie ze strachem. Po chwili jednak, nie widząc zagrożenia, odetchnęli z ulgą. Królewicz schował miecz i przywitał się serdecznie z krasnoludkiem. Opowiedział mu o swoim problemie. O tym, jak w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mu przeprawić się przez rzekę, zabłądził i nie może znaleźć drogi powrotnej. Krasnoludek słuchał go z uwagą, a następnie zamyślił się.

- Pomogę ci drogi książe. - powiedział i znowu zniknął za krzakami.

Po chwili wrócił razem z pięcioma innymi krasnalami, które niosły długi, drewniany pal.

- Wskażemy ci dorgę, zanim zapadnie noc. - powiedziały krasnoludki i poprowadziły królewicza przez gęsty las w stronę rzeki.

Po kilku minutach znaleźli się obok wciąż czakającego przy drzewie konia księcia i pomogli mu zrobić mały mostek z przyniesionego drewna.

- Kochane krasnoludki! Dziękuję wam bardzo! Nigdy tego nie zapomnę! - powiedział królewicz, machając do nich z drugiego brzegu rzeki i odjeżdżając w stronę kolejnej przeszkody dzielącej go od Chmurnej Góry: Lasu Węży.

Droga do niego była długa i bardzo męcząca. Królewicz powoli opadał z sił. W końcu, kiedy dotarł na miejsce, zebrał się na odwagę i wjechał między wężowe drzewa. Machał przed sobą mieczem, aby odgonić zwisające z gałęzi gady. Obcinał im kolejne łby, torując sobie drogę. W oddali widział światło słońca, wskazujące na koniec wężowego lasu. Dotarł do niego i odetchnął z ulgą. Jednak nie dane było mu odpocząć, ponieważ tuż przed nim, wyrósł ogronmy, obrzydliwy troll. Patrzył na królewicza małymi oczkami osadzonymi w tłustej i pokrytej brodawkami twarzy. Miał okropny, kartoflany nos, wielkie uszy, ogromny brzuch i czarne zęby. I wcale nie był zadowolony z tego, że widzi księcia.

- Co tu robisz, przybyszu? - zapytał okropnym głosem.

- Jadę do księżniczki, mieszkającej na szczycie Chmurnej Góry. - odpowiedział królewicz.

- Hahaha. - zaśmiał się przeraźliwie troll. - Aby tam się dostać, musisz najpierw rozwiązać moją zagadkę. Jeżeli ci się uda, przepuszczę cię. Jeżeli jednak nie, to zostaniesz moim dzisiejszym obiadem. - powiedział troll, cały czas złowrogo się uśmiechając.

Królewicz wzdrygnał się, jednak nie dał po sobie tego poznać i powiedział:

- Czekam więc na twoją zagadkę trollu.

- Dobrze. Oto i ona:


Chociaż nie jest ptakiem - śpiewa.

A gdy ze zmęczenia ziewa

Ostre kły ci ukazuje

Raz w miesiącu, podczas pełni

Najstraszniejszą rolę pełni.


Królewicz wysłuchał zagadki trolla do końca i uśmiechnął się szeroko, ponieważ zorientował się, że zna odpowiedź.

Zagadka w jednej chwili wydała mu się prosta i dumny z siebie krzyknął:

- WILK!

Troll spojrzał na niego zaskoczony i wywrócił oczami.

- Dobrze. Zgadłeś. Wygląda na to, że znowu pójdę spać głodny. Proszę. Przejeżdżaj bezpiecznie i powodzenia. - a potem, zniknął za drzewami.

Królewicz pełen dobrych chęci ruszył w dalszą drogę. Czekała na niego tylko jeszcze jedna przeszkoda: smok.

W oddali dostrzegł już Chmurną Górę, a na jej szczycie piękny zamek. Cel był coraz bliżej. Zdecydował się pojechać drogą prowadzącą przez malutkie miasteczko, aby zatrzymać się w gospodzie i trochę odpocząć. Kiedy przejechał przez bramę od razu rzucili mu się w oczy dwaj mali chłopcy. Pojedynkowali się drewnianymi mieczami. Coś jednak nie pasowało królewiczowi w ich postaciach. Przyjrzał się dokładniej i zorientował się, że obydwaj nie mieli kilku palcy u dłoni. Bawili się jednak radośnie, nie zwracając na to uwagi. Wydawali się bardzo szczęśliwi.

Królewicz spojrzał na swoją sztuczną dłoń.

Od zawsze wydawała mu się czymś gorszym. Jednak gdyby spojrzeć na to z drugiej strony, była wyjątkowa. Gdyby nie była czymś wyjątkowym, królewicz nie wygrałby zapewne wszystkich pojedynków i nie zostałby najwspanialszym ze wszystkich rycerzy. A teraz, czarownik miał go uleczyć. Miał się pożegnać ze swoją sztuczną dłonią już na zawsze. Przez chwilę poczuł w sercu dziwne uczucie smutku. Szybko jednak je opanował, spiął konia i pogalopował w stronę zamku.

U stop Chmurnej Góry znajdowała się głęboka grota, w której mieszkał smok. Królewicz zsiadł z konia i po cichu zbliżył się do niej. Chwilę później zobaczył ogromnego smoka, który wyłonił się ze środka i spojrzał na księcia z wyższością.

- Kim jesteś przybyszu i czego ode mnie żądasz? - zapytało mocnym głosem zwierze.

- Jestem królewiczem i przyjechałem, aby prosić mieszkającą w tym zamku królewnę o złoty włos, aby uleczyła moją dłoń. - odpowiedział książe.

- Ach tak. - wymruczał smok, nie spuszczając wzroku z przybysza. - Żeby przejść musisz udowodnić mi, że jesteś człowiekiem o czystym sercu.

Królewicz zamyślił się i zapytał:

- Ale jak mam to zrobić?

- Musisz pozwolić mi zajrzeć do swojej duszy. - powiedział smok. - Mogę to zrobić dzięki swoim magicznym oczom. - wyjaśnił smok.

- Dobrze, zaglądaj więc. - powiedział z odwagą książe.

Smok, skupił się i spojrzał królewiczowi prosto w oczy, swoimi strasznymi, czarnymi ślepiami. Przez chwilę patrzyli na siebie w całkowitej ciszy, a potem na ogromnym pysku smoka pojawił się cień uśmiechu.

- Jesteś człowiekiem o duszy czystej i dobrym sercu. Wsiadaj na mój grzbiet, abym mógł zawieźć cię na szczyt tej góry, do księżniczki.

Królewicz przywiązał konia do drzewa i wsiadł na grzbiet smoka. Po chwili wzbili się w powietrze i poszybowali w stronę skrytego pod chmurami zamku. Wylądowali na dziedzińcu, a wtedy smok powiedział, że zaczeka, aby zabrać królewicza znowu na ziemię. Książe podziękował mu i wszedł do zamku. Panowała tam cisza. Wydawało się, że jest on opuszczony. Królewicz rozglądał się dookoła w poszukiwaniu króleweny. W końcu, zdecydował się, że wejdzie na wieżę, bo zapewne tam miała ona swoją komnatę. Skierował się więc, schodami prowadzącymi do najwyższej wieży. Zapukał do drzwi i powoli wszedł. Wtedy stanął twarzą w twarz z najpiękniejszą dziewczyną jaką w życiu widział. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Królewna była rzeczywiście bardzo piękna. Dlugie, złote włosy miała przeplatane malutkimi, niebieskimi niezapominajkami w kolorze dokładnie takim jak jej oczy. Miała cudowny uśmiech, a ubrana była w suknię ze zwiewnego materiały, wydającego się być zrobionym jednynie z błękitu nieba.

- Witaj królewiczu. - powiedziała melodyjnym głosem. - Co cię do mnie sprowadza?

- Moja piękna królewno! Przebyłem tak daleką drogę, by prosić cię o jeden włos, słyszałem bowiem, że tylko on może uleczyć… - W tym momencie wypowiedź królewicza przerwało trzaśnięcie otwieranych drzwi, w których stanęła obrzydliwa, stara wiedźma.

- Kolejny młody rycerz, którego mam zabić? - zaskrzeczała . - Czy tym razem i ciebie królewno mam pozbawić życia?

- Odejdź okropna wiedźmo! - wykrzyknął królewicz, dobywając miecza i zasłaniając królewnę własnym ciałem.

Czarownica zaśmiała się tylko złowrogo.

- To nie ja odejdę, drogi książe, tylko ty! I to do tego drugiego świata, świata umarłych! - zaskrzeczała ponownie i wymierzyła w królewicza zaklęcie. Przerażony, zasłonił się dłońmi i po chwili usłyszał krzyk czarownicy. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył, że jego sztuczna dłoń odbiła rzucone zaklęcie, które trafiło w wiedźmę, zmieniając ją w proch.

Królewna rzuciła się wybawcy na szyję i pocałowała go w policzek.

- Uratowałeś mnie! Dziękuję ci drogi książę! Obiecuję, że spełnię teraz każde twoje życzenie, aby ci się odwdzięczyć.

Królewicz spojrzał na swoją sztuczną dłoń i po raz pierwszy poczuł dumę. Dzięki niej uratował siebie i królewnę, która skradła jego serce. Teraz już wiedział o co poprosi:

- Królewno, proszę, zostań moją żoną. - powiedział i uklęknął przed nią. Ona natomiast nachyliła się i pocałowała go, a potem wykrzyknęła:

-Och z radością, mój kochany!

I wtedy, nagle w komnacie pojawił się czarownik, który pomagał królewiczowi.

- Witaj mój książe. - powiedział.

- Witaj czarowniku. Dziękuję ci.

- Ale za co mój panie? To ty podjąłeś decyzję.

- Ale to ty uświadomiłeś mi, że wcale nie powinienem zmieniać niczego. To, że nie mam dłoni, czyni mnie wyjątkowym. Nie jestem wcale gorszy. Najważniejsze jest to, abym zaakceptował samego siebie. Żebym uwierzył, że mimo swojej odrębności jestem silny i mogę realizować wszystkie swoje marzenia. Bo siła wcale nie leży w wyglądzie, tylko w sercu.

Czarownik pokiwał z dumą głową i zniknął. A królewicz i królewna wrócili do zamku królewicza. Tam uroczyście powiadomili wszystkich o swoich zaręczynach. Król nie posiadał się z radości! Wyprawiono wspaniałe wesele, a państwo młodzi żyli dalej długo i szczęśliwie, wiedząc, że są wyjątkowi.


KONIEC




następna bajka: "Bajka dla dzieci z wadami rąk"