"Chłopiec o grafitowych stopach."

 

          Wyjechałem z dziadkiem na wycieczkę do Rzymu. Zwiedzaliśmy tam muzea, zabytki, sklepy z antykami i ukryte galerie. Wieczorami słuchaliśmy pięknych legend związanych z miastem, opowiadanych przez młodych artystów teatralnych. Spacerowaliśmy uroczymi uliczkami, robiliśmy zdjęcia, próbowaliśmy wiele dań we włoskich restauracjach i barach. Cieszyłem się pobytem swoich marzeń. Niestety, kiedy kilka dni przynosi mi pełną radość z życia, zdarzyć się musi coś przykrego. Na jednej
z ulic, gdzie wystawione były małe stoiska z drobiazgami, w tłumie ktoś ukradł mi aparat fotograficzny. Cały dzień chodziłem struty i nawet świetne włoskie lody nie były w stanie poprawić mi humor. Dziadek wraz z przyjacielem (naszym przewodnikiem po Rzymie) starali się jak mogli by poprawić mi nastrój, ale nic, nic nie pomagało. Doszło do tego,
że naburmuszony pokonywałem bez zainteresowania kolejne zakamarki miasta. W pewnym monecie dziadek z kolegą weszli zobaczyć wystawę prac malarskich jakiegoś młodego studenta Akademii Sztuk Pięknych. Mnie to jednak mało interesowało wiec zostałem przed galerią. Kilka metrów od budynku bawiła się grupa dzieci. Zacząłem przyglądać się, co robią. Jednak one nie bawiły się. Powoli i niepewnie, krok po kroku zacząłem zbliżać się do dzieciaków. Kiedy byłem już wystarczająco blisko zauważyłem, że na ziemi leży młodszy od nich chłopiec. Był brudny i zapłakany.

- Co jest? -Krzyknąłem głośno, choć wiedziałem, że i tak mnie nie zrozumieją. Jednak podziałało, bo wszyscy rozbiegli się. Szybko podbiegłem do chłopaka, ale zanim zdążyłem go podnieść jego mama była już przy nim. Coś do mnie mówiła, ale nic nie rozumiałem. Jeszcze przez chwile stałem w miejscu, gdzie na ziemi odcisnął się ślad skulonego chłopca. Lekki podmuch wiatru zmył piach sprzed moich stóp sprawiając, że miejsce to zapomniało o bólu i smutku leżącego chłopca.

Na drugi dzień już z nieco lepszym humorem poszedłem sam na stary plac, gdzie zawsze dzieje się coś ciekawego. Mijając kolejne stoiska rozmawiających mieszkańców Rzymu zauważyłem siedzącego pod ścianą tego samego chłopca co wczoraj. Stanąłem w pewnej odległości od niego przyglądając się, co robi.
On zaś małymi brudnymi od grafitu stopami rysował po dużo większym od siebie kartonie, przyczepionym do własnej roboty sztalugi. Nic dziwnego, po prostu utalentowany dziesięciolatek, bo mniej więcej tyle miał lat. A jednak coś w nim było nie tak. W tym zamyśleniu nie zauważyłem, że nasz przewodnik po Rzymie stoi przy mnie.

  • Widzę, że przyglądasz się chłopakowi o grafitowych stopach!

  • Tak! – odpowiedziałem - zastanawiam się, bo coś w nim jest nie tak.

  • Dlaczego uważasz, że jest coś nie tak?

  • Bo nie rysuje ręką, a stopami jakby chciał… - w tej chwili zamilkłem
    bo przyjrzałem się jego dłoniom a tak naprawdę to nie wiedziałem jak to nazwać. On przecież nie miał ani jednego palca.

  • Widzisz! – powiedział przewodnik - O chłopcu, co ma grafitowe stopy jest wiele opowieści, ale tylko jedna jest prawdziwa. Chłopak urodził się bez paluszków u jednej i drugiej rączki. Z dnia na dzień o jego urodzinach historia niosła się dalej i dalej nabierając różnych obliczy. Jedna nawet głosiła, że to gniew Boży sprawił to kalectwo za winy jego rodziców. Lecz w mieście nie było bardziej uczciwych i kochających ludzi. Rodzice nie wstydzili się swojego syna, więc kiedy podrósł i potrafił już chodzić zabierali go na długie spacery. Przyglądając się siedzącym wzdłuż uliczek artystom rysującym najpiękniejsze widoki miasta, chłopiec sam zapragnął chwycić za ołówek i coś narysować. Nie było to łatwe zadanie, a każda próba kończyła się niepowodzeniem. Wiele dni minęło zanim chłopiec nauczył się posługiwać stopami tak jak ty swoimi dłońmi, a do tego czasu przesiadywał z uśmiechem w oknie swojej kamienicy i przyglądał się ukochanemu miastu. I całkiem nieźle mu to wychodzi. Rysunki są szczegółowe i mają swój charakter.
    A chłopak nie ma chwili wytchnienia, tak jest oblężony przez osoby chcące kupić od niego jakiś obrazek. W pewnym momencie chłopak wstał odwrócił się i zaczął iść w naszym kierunku. Kiedy już dotarł i stanął kilka metrów przede mną posypały się z jego ust słowa, których w ogóle nie rozumiałem. Kolega mojego dziadka szybko wyjaśnił chłopcu, że nie jestem stąd, ale może tłumaczyć całą rozmowę. Chłopiec przystał na propozycję i zaczął jeszcze raz.

  • Wczoraj widziałeś jak starszyzna z mojej szkoły chciała ode mnie wyłudzić pieniądze. Wiedzieli, że są w kieszeni i że nie dam sobie rady. Dzięki tobie udało mi się ich nie stracić. Chcę ci za to podziękować.

I dał mi jeden ze swoich rysunków.

  • Jak ty to narysowałeś? –spytałem

Przewodnik przetłumaczył moje pytanie, ale chłopiec pozostawił je bez odpowiedzi, jedynie uśmiechnął się pokazał mi swoją grafitową stopę. Nigdy nie zapomnę tego widoku. A on odwrócił się i poszedł utrzymując ten uśmiech, zarażając nim innych.
Po powrocie do hotelu wraz z przewodnikiem opowiedziałem całe zdarzenia dziadkowi. Dziadek zaciekawiony powiedział.

  • Odpakuj, zobacz, co dla ciebie narysował?

Szybko, ale delikatnie zerwałem szary papier, który krył w sobie dzieło grafitowego chłopca, a na nim ten sam obraz z moich oczu i myśli. Uliczka, na której po raz pierwszy spotkałem chłopca. Z odciśniętym śladem w piasku. A pod spodem napis:

„Wchodź pomiędzy ludzi z pogodą ducha i ciesz się radością innych. Tym przezwyciężyć można najstraszniejsze emocje...”. A na odwrocie cytat z jakiejś książki: „Życie to nie ilość wdechów czy wydechów, to chwile z uśmiechem w duchu zapierający ten dech
w piersiach”


Kilka lat później spotkałem tego samego chłopca. O wiele starszego, siedzącego
w tym samym miejscu, ubranego elegancko, ale nadal z grafitowymi stopami
i uśmiechem na ustach. Choć w jego życiu ołówka dłońmi chwycić się nie udało.


następna bajka "Filip"